Warszawska scena rapowa przeżyła jedną z najcięższych chwil w swojej historii. 6 listopada zmarł Rafał Artur Poniedzielski, znany jako Pono. Był on współtwórcą kolektywu ZIP Skład, członkiem zespołu Zipera oraz uczestniczył w wielu projektach, które na zawsze zmieniły polski hip-hop. Odszedł krótko po swoich 49 urodzinach, w momencie, gdy wciąż miał energię, plany i niezwykłą zdolność wzbudzania emocji jak mało kto w tej kulturze.
Pono należał do tych artystów, którzy nie potrzebowali wielkich deklaracji, by być ważni. Jego siłą była autentyczność. Gdy pod koniec lat 90. zakładał ZIP Skład, scena dopiero się rodziła. Nie było wielkich scen, nie było streamów ani viralowych numerów. Były osiedla, kluby, kasety i ludzie, którzy rozumieli, że hip-hop nie jest tylko muzyką, ale sposobem życia. Pono był jedną z tych osób, które tę kulturę tworzyły od fundamentów.
Jego dorobek to klasyczne albumy, kultowe wersy, a także współprace z najważniejszymi postaciami polskiego rapu. Od lat 2000., przez dojrzalsze projekty w kolejnych dekadach, aż po ostatnie wydawnictwa, zawsze trzymał się własnej drogi. Nie ulegał modom. Nie musiał. Miał charakter.
Wiadomość o jego śmierci wstrząsnęła środowiskiem.
Dzisiaj umarł mój przyjaciel, człowiek z którym zacząłem nagrywać rap, legenda i indywidualista. Szalenie zdolny, jeszcze bardziej uparty. Kocham Cię bracie. Pono, do zobaczenia kiedyś.
napisał Sokół, przyjaciel i wieloletni współpracownik Pono
To pożegnanie nie jest tylko osobiste, ale pokoleniowe. Razem zaczynali, razem wyznaczali tempo, ale dziś jeden z głosów milknie. Oficjalnie podano, że raper zmarł na skutek zawału serca. Tragiczny, nagły finał życia, które jeszcze chwilę wcześniej było pełne planów.
Pono pozostawił po sobie nie tylko muzykę. Dla niego rap nie był tylko biznesem. W swojej karierze pozostał wierny swoim zasadom. Takich ludzi się nie zapomina. Nie dlatego, że byli głośni, lecz dlatego, że byli prawdziwi. Po jego odejściu w polskim hip-hopie zostaje wyraźna luka i echo, które długo nie ucichnie.


