Deszczowe rozpoczęcie wakacji w rytmie disco, czyli koncert Foster The People w Polsce. Relacja Sebastiana Dziudy

Czy ktoś jeszcze pamięta Foster The People? Indie-popowa kapela z USA co prawda czasy świetności ma już dawno za sobą, jednak w latach 2011- 2012 grupa dowodzona przez Marka Fostera osiągnęła szczyt popularności, będąc tym samym dopiero na początku swojej światowej kariery. Wkroczyli do mainstreamu 14 lat temu przebojowym albumem Torches. Płyta zaliczyła ogromny sukces komercyjny, a na szczytach list przebojów plasował się singiel Pumped Up Kicks, charakteryzujący się pogodną, wpadającą w ucho melodią, która kontrastuje z ponurym tekstem. 11 lat od poprzedniego, w dodatku festiwalowego koncertu w Polsce i 8 lat od ostatniego tournée po Europie, zespół wystąpił nad Wisłą 27 czerwca na Letniej Scenie Progresji w Warszawie, a mnie nie mogło tam zabraknąć.

Foster The People to ścisła czołówka moich ulubionych zespołów. Grupę cenię przede wszystkim za melodyjne utwory, pozytywną energię, unikatowy styl i kalifornijski luz, a to wszystko okraszone brzmieniem disco i funku. W twórczości kapeli, brzmień wyjętych rodem z „Soul Train” lat 70. i 80. można usłyszeć sporo, zwłaszcza na ostatnim albumie Paradise State of Mind z 2024 roku. Warto jednak zaznaczyć, iż zespół nie odszedł zupełnie od indie-popowych i synth-popowych korzeni, serwując funkową energię w alternatywno-elektronicznym wydaniu. Amerykanie może obecnie nie są najczęstszymi gośćmi w moich głośnikach i słuchawkach, jednak kilka lat temu ich muzyka towarzyszyła mi bardzo często, toteż informację o ich koncercie w Polsce przyjąłem z dużą ekscytacją i niemałym zaskoczeniem.

Znane piosenki nieznanej grupy

Schemat rozmów odnośnie koncertu zawsze był taki sam. Gdy oznajmiałem, że jadę na Foster The People, sama nazwa zespołu niewiele mówiła moim rozmówcom. Dopiero zanucenie Pumped Up Kicks wywoływało w każdym przypadku niemal jednakową reakcję na zasadzie: „Aaa to są ci, no to znam”. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że Foster The People jako zespół jest już nieco mało kojarzony powszechnie, jednak najpopularniejszy utwór Amerykanów nadal nie pozwala im odejść zupełnie w niepamięć. Wystarczy przytoczyć statystyki: ponad dwa miliardy streamów na Spotify i ponad miliard odtworzeń teledysku na YouTube, a także regularna obecność w rozgłośniach radiowych. Viralowy singiel z pierwszej płyty zapewnił Kalifornijczykom nieśmiertelność, jednak wcale nie oznacza to, że zespół odcina kupony od sukcesu sprzed niemal 15 lat. Wręcz przeciwnie, dalej rozwija się brzmieniowo i wydaje nowe albumy. Kapela ma już na koncie cztery longplay’e, z których każdy muzycznie ma do zaoferowania coś innego, a najnowsza odsłona Foster The People to zaproszenie do niczym nie skrępowanej, tanecznej zabawy w rytmie disco w cekinowych dzwonach.

Faktyczny skład zespołu liczy obecnie dwie osoby. Jedną z nich jest oczywiście Mark Foster – wokalista, producent, tekściarz i lider od momentu powstania grupy, bez którego trudno sobie wyobrazić sens jej istnienia. Tym drugim, mniej oczywistym członkiem duetu, jest Isom Innis. Schowany za instrumentami klawiszowymi muzyk koncertuje z Foster The People niemal od zawsze, oficjalnym członkiem grupy został w 2017 roku. Pełnię instrumentalnego doświadczenia zapewniła kilkuosobowa ekipa muzyków sesyjnych, która, wnioskując po tym co usłyszałem, naprawdę zna się na swoim fachu.

Letnia sceneria i letnie granie

Miejsce koncertu dawało klimat jakiegoś festiwalu, podobnego do Letnich Brzmień czy Zorzy. Letnia Scena Progresji, bo właśnie tam odbyło się wydarzenie, dokładnie to ma w swoim założeniu – oferowanie muzycznych doznań pod gołym niebem przez całe wakacje. Poza sceną z malowniczym laskiem w tle, mieliśmy do dyspozycji także punkty gastronomiczne, stoisko z merchem oraz dosyć spore parasole, które skupiały pod sobą grupki koncertowiczów, pragnących uchronić się przed deszczem.

Festiwalowy anturaż korespondował z samym koncertem, zespół grał bowiem godzinę z hakiem. Licząca 19 numerów setlista skrojona była na modłę greatest hits, a kawałków z najnowszej płyty usłyszeliśmy tylko cztery. Z pewnością nie był to koncert nastawiony na promocję nowego albumu, a bardziej celebrację powrotu do regularnego koncertowania po modyfikacjach w składzie. To nie było żadne „Paradise State of Mind Tour”, a bardziej „Summer Hits with Foster The People – Europe Leg”. Takiego rozwiązania jednak się spodziewałem i właśnie takie otrzymałem, czyli lekki, przyjemny koncercik pod chmurką do potuptania i poskakania. Wszystko się zgadzało – z wyjątkiem pogody, ale co do tego trudno mieć do kogokolwiek pretensje. Jednak gdybym miał już się do czegoś przyczepić, to doboru utworów, ale oczywiście wiadomo, że nie zawsze usłyszy się swoje ulubione piosenki. Setlista ma obfitować przede wszystkim w przeboje i energetyczne numery, a niekoniecznie zapomniane b-side’y sprzed dekady. Ponadto więcej miejsca w setliście poświęciłbym albumowi Sacred Hearts Club, z którego wybrzmiały tylko dwa single. Należy jednak docenić ogólną selekcję utworów, w miarę równe potraktowanie każdej z płyt i zachowany balans między momentami wytchnienia i szaleństwa tak, aby każdy znalazł coś dla siebie. Były psychodeliczne podróże z albumem Supermodel, indie-popowa impreza do utworów z Torches oraz funkowa dyskoteka przy piosenkach z ostatniej płyty, a wszystko zakończone bisem z dwoma największymi przebojami – synthowym Sit Next to Me oraz oczywiście przebojowym Pumped Up Kicks, bez którego koncert właściwie nie miał prawa się wydarzyć.

„It feels like a coming of age”… ale jeszcze nie tym razem

Amerykanom daleko do poziomu popularności, jaki osiągnęli na początku swojej kariery, zaś wydany w ubiegłym roku krążek jakby przeszedł jakby bez echa. Mimo, że kapeli nie udało się powtórzyć komercyjnego sukcesu debiutanckiego albumu, ani tym bardziej wyprzedać koncertu w Polsce, to i tak pod sceną zgromadziło się grono wiernych odbiorców. Nawet niekorzystna tego dnia pogoda nie przeszkodziła fanom w zabawie, którzy z pewnością bardzo długo czekali, aby móc wreszcie zobaczyć i usłyszeć swoich ulubieńców na żywo. Publiczność tego dnia nie była liczna, lecz zdawało się, że mało osób przyszło tu z przypadku. Można było wyczuć, że na koncercie zjawili się naprawdę oddani fani, którzy są z zespołem lat naście.

Foster The People są dla mnie niejako synonimem lata i beztroskiego wypoczynku na plaży w cieple. W takich okolicznościach najczęściej ich słuchałem i taka właśnie jest twórczość zespołu – przystępna, pogodna, spalona kalifornijskim słońcem zachodzącym między palmami w Los Angeles. Toteż symboliczne było to, że dzień koncertu wypadał w dniu zakończenia roku w szkołach, a tym samym w początek wakacji. Tego dnia było nieco wietrznie, a to dlatego, że w powietrzu unosił się powiew nostalgii. Przez nieco ponad godzinę mogłem poczuć się ciut młodziej i przejmować się trochę mniej prozą życia. W myślach znów miałem 13 lat, cały wakacyjny dzień spędziłem z ziomkami na rowerze, zjadłem ulubione lody w osiedlowym sklepie, a po powrocie wieczorem do domu odpaliłem Fifę 12 i trenowałem nowe zmyłki Kaką w Realu do Call It What You Want.

Czytaj również