„Guess who’s back? Guess who’s back? Guess who’s back?…” 12 lipca Eminem wrócił z nowym, dwunastym albumem studyjnym The Death of Slim Shady (Coup De Grâce). Na płycie gościnnie występują artyści tacy jak Jelly Roll, J.I.D, Skylar Grey, Bizarre, Ez Mil, Big Sean i BabyTron, a produkcję współtworzyli m.in. Dr. Dre, Luis Resto, Foulmouth oraz sam Eminem. The Death of Slim Shady to koncept-album, który według autora oraz producentów najlepiej jest słuchać w kolejności zgodnej z tracklistą.

Album zapowiadały single Houdini i Tobey. Houdini, wydany dwa miesiące przed premierą, zyskał spore zainteresowanie, przypominając fanom, dlaczego pokochali Eminema niemal 30 lat temu. Utwór nawiązuje do Without Me, a w teledysku widzimy młodszą wersję rapera – jeszcze z blond włosami. W tle słychać sample z Abracadabra Steve’a Millera. Co ciekawe, Steve Miller w jednym z wywiadów wypowiadał się o Eminemie w samych superlatywach, a podobno Marshall Mathers sam zaproponował współpracę. Jeśli to prawda, ten gest zasługuje na uznanie – przypomina, że nawet artyści z tytułami „legend” potrafią pozostać ludźmi. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, jak mówił Agent Mulder z „Z Archiwum X”: „I want to believe”.
Album otwiera Renaissance, który już od pierwszych sekund (rozbrzmiewające splunięcie) bezbłędnie wskazuje, z kim mamy do czynienia. Kolejny utwór to Habits, podejmujący temat poprawności politycznej i zawierający chwytliwy refren (gościnnie White Gold). Wśród utworów z wyrazistymi refrenami wyróżnia się Fuel.
Na krążku znajdziemy wiele wartych uwagi utworów. Temporary ma głęboko ojcowski wydźwięk. Spokojniejszy rap ukazuje perspektywę ojca, który patrzy na rozłąkę z większą dojrzałością. To w przypadku autora dość duża ewolucja, którą ja mimo wszystko kupuję w całości. To samo dotyczy wzruszającego numeru Somebody save me z gościnnym udziałem Jelly Rolla, który kilka dni temu doczekał się klipu.
Niektóre numery przywołują atmosferę beatów z jego wcześniejszych dokonań, szczególnie w takich piosenkach jak Antichrist, Lucifer czy Brand New Dance.
The Death of Slim Shady to starannie przemyślany album składający się z 19 utworów, w tym trzech skitów (kiedyś to była norma). Artyści i producenci zachęcają do słuchania całości, aby doświadczyć pełnego zamysłu albumu. Mimo spójności, czasem można odczuć, że pewne fragmenty są wstawione trochę na siłę, ale jeśli jesteś fanem, ten album będzie dla ciebie bardzo dobry. Większość piosenek to sentymentalny rollercoaster.
Pomimo technicznego mistrzostwa i solidnej produkcji (czego można się było spodziewać przy obecności Dr. Dre), nowy materiał momentami wydaje się zbyt przesiąknięty patosem. To bardziej dojrzała odsłona Eminema. Niektórym się to spodoba, inni mogą poczuć lekką niestrawność.
Pod względem muzycznym album nie przynosi rewolucji, ale słychać, że to produkt z najwyższej półki. Bity są dopracowane z chirurgiczną precyzją, a producenci starają się nawiązać do brzmienia charakterystycznego dla już nie Slim Shady’ego. Ja jako ktoś, kto dorastał przy pierwszych albumach Marshalla, uśmiechnąłem się z sentymentem przynajmniej kilka razy.
Podsumowując, The Death of Slim Shady miał być wielkim pożegnaniem Eminema ze swoim alter ego. Dla jednych będzie to triumfalny koniec, dla innych pozostaną mieszane uczucia, ale ostatecznie album powinien zadowolić fanów. To płyta zdecydowanie lepsza niż kilka ostatnich wydań. W końcu śmierć można interpretować na wiele sposobów, nie koniecznie jako koniec – jak mawiał Gandalf z „Władcy Pierścieni”: „Death is just another path. One that we all must take”.
Marshall Mathers, teraz 50-latek, nie ma już tej samej siły przebicia co kiedyś, kiedy był młodym, wkurzonym na wszystkich i wszystko raperem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiast wielkiego finału, dostaliśmy nostalgiczne wspomnienie dawnych lat. Czytałem gdzieś, że dla świata Slim Shady od dawna jest martwy. Myślę, że jego legenda na zawsze pozostanie w sercach fanów. W tym także i moim.
- Data premiery:
- Single:
