Pełne emocjonalne zanurzenie. Billie Eilish – HIT ME HARD AND SOFT, 2024 (recenzja)

Inne recenzje

Już pierwsze dźwięki pozwalają zanurzyć się w głębi. I rzeczywiście zatapiamy się w emocjach, uczuciach, historii, a im dalej, tym głębiej i ciemniej. Piszę i zastanawiam się, czy nie za dużo tych nawiązań do wody, a tymczasem jakby dla potwierdzenia mojego przeczucia SKINNY przechodzi w LUNCH, nie zostawiając pomiędzy miejsca na ciszę, chociaż zmienia się tempo, a klasykę zastępują zdecydowanie nowocześniejsze dźwięki i beaty, to jest w tym wszystkim przyciągająca uwagę płynność.

Czyżby Billie chciała zabrać nas do Krainy Bogów? 3 w kolejności CHIHIRO podpowiada, że koniec nie zawsze musi być szczęśliwy.

BIRDS OF FEATHER ma w sobie coś, co kojarzy się z jakąś popową, klubową lekkością. Może to rytm, a może instrumenty sprawiły, że ta szala, która zazwyczaj przechylała się w stronę słuchania samej historii, w tym przypadku przesunęła się w stronę skupienia uwagi na oprawie muzycznej.
Bardzo szybko wracamy jednak na wcześniejsze tory i znowu uważnie przysłuchuję się temu, z czego zdecydowała się zwierzyć Eilish, tego konkretnego słowa użyłam z rozmysłem, bo właśnie w tym tkwi jej siła, w przekonaniu, że gdzieś w tym procesie tworzenia albumu nadal jest miejsce na szczerość, która nie pachnie sztucznością.

WILDFLOWER, czy THE GREATEST są tego przykładem.

Jeśli myślicie, że w L’AMOUR DE MA VIE usłyszycie język francuski to muszę was rozczarować, chociaż sama melodia, przynajmniej na początku ma w sobie coś, co nie do końca wprost, ale jednak wysyła moje myśli w kierunku muzyki francuskiej. Jest też małe zaskoczenie pod postacią zabawy syntezatorami. Trzeba przyznać, że Billie już kilka razy w swojej karierze dawała znać, że lubi takie muzyczne plot twisty.
Mieliśmy Lunch, dostaliśmy również THE DINER i zabawę dźwiękami, szeptami i pogłosem, która składa się na ciekawą teatralność.

W BITTERSUITE wracamy do mocno zarysowanego beatu, jest też cała karuzela dźwięków, która sprawiła, że przed oczami stanęła mi cyrkowa arena, nie jest jednak wesoło, a intrygująco i wciągająco. Zamykający album BLUE w jakiś sposób w mojej głowie muzycznie połączył się z Birds Of Feather, ale gdybym na tym zakończyła, byłoby to zbytnie uproszenie, wcześniej pisałam o muzycznych plot twistach i tu również takie znajdziemy i liczba mnoga wcale nie jest przypadkowa.

Czy utrzyma poziom, czy sprosta oczekiwaniom, czy czymś jeszcze nas zaskoczy – to tylko niektóre z pytań, pojawiających się w mojej głowie na długo przed premierą albumu HIT ME HARD AND SOFT.

17 maja dostaliśmy odpowiedź zamkniętą w 10 utworach. Trzy razy na tak, Billie Eilish pewnie przechodzi do kolejnego etapu swojej kariery i pokazuje, że można to zrobić płynnie, nie odcinając się od przeszłości, bez przesadnego parcia na nowe początki.

Jeśli ma się odpowiednią koncepcję i umiejętności, można dopasowywać gatunki i dźwięki jak puzzle i sprawić, że nie będzie to układanka ciężka, a zajmująca. Billie Eilish zdecydowanie dysponuje i jednym i drugim, a album HIT ME HARD AND SOFT jest tego niepodważalnym dowodem.

Pełne emocjonalne zanurzenie, właśnie to funduje nam Billie Eilish na swoim najnowszym albumie. Zdecydowanie warto zanurkować w HIT ME HARD AND SOFT.

-
  • Data premiery:
  • Single:
Najlepsze utwory:
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również

Już pierwsze dźwięki pozwalają zanurzyć się w głębi. I rzeczywiście zatapiamy się w emocjach, uczuciach, historii, a im dalej, tym głębiej i ciemniej. Piszę i zastanawiam się, czy nie za dużo tych nawiązań do wody, a tymczasem jakby dla potwierdzenia mojego przeczucia SKINNY przechodzi...Pełne emocjonalne zanurzenie. Billie Eilish - HIT ME HARD AND SOFT, 2024 (recenzja)