Chyba każdy z nas zna uczucie ekscytacji i napięcia przed występem swojego ulubionego artysty. Czasami jednak bardzo odświeżającym doświadczeniem jest wybrać się na koncert kogoś zupełnie Wam nieznanego. Mniej przydarzyło się to niedawno, gdzie w Bydgoszczy poznałem Ragnara Ólafssona.

Christian Cieślak: Zacznijmy nietypowo, czyli od początku – czy możesz powiedzieć o sobie kilka słów, aby nasi czytelnicy mogli Ciebie lepiej poznać?
Ragnar Ólafsson: Jasne, nazywam się Ragnar Ólafsson i jestem islandzkim muzykiem. Jestem założycielem wielu zespołów na Islandii, głównie rockowych i metalowych, a tym najpopularniejszym jest Árstíðir, który założyłem z Danielem Auðunssonem i Gunnarem Már Jakobssonem. Wspólnie występowaliśmy w Europie, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Jestem też producentem muzycznym, przy okazji tworząc piosenki biorące udział w islandzkich preselekcjach do Eurowizji. Udało mi się też przedrzeć do świata telewizji, gdzie w tym roku stworzyłem ścieżkę dźwiękową do islandzkiego serialu „Fractures” (pol. „Doktor Kristin”).
Nieprzypadkowo pytam o taką introdukcję, bo mój pierwszy kontakt z tobą był dość przypadkowy. Poznaliśmy się podczas Twojego solowego występu w Bydgoszczy, gdzie okazało się, że ten występ nie jest tak przypadkowy, jakby się mogło wydawać.
Ragnar Ólafsson: Dokładnie tak. Swoją solową karierę zacząłem jakieś 5 lat temu, ponieważ potrzebowałem powiedzieć coś od siebie i być w tym kompletnie szczery. Kiedy tworzysz zespół musisz być w stałym kontakcie z resztą jego członków – to jest super, bo razem możecie stworzyć coś więcej, niż ja sam w pojedynkę. Potrzebowałem jednak miejsca, gdzie mogę być sam na sam ze swoją gitarą i pisać piosenki o sobie, bez niczyjej ingerencji. Swój debiutancki album Urges, wydany w roku 2017, napisałem o przeżyciach po zakończeniu swojego pięcioletniego związku, nie myśląc nawet o sukcesie komercyjnym. Jednak pewnego dnia podzieliłem się nim przedpremierowo z moją koleżanką Justyną, która mieszkała już wtedy jakiś czas na Islandii. Powiedziała, że bardzo się jej to podoba i powinienem skontaktować się z Bartkiem Borowiczem, jak się okazało szefem „Borówka Music”, którzy specjalizują się w organizacji koncertów artystów samodzielnie piszących i wykonujących swoje piosenki. I tak wyruszyłem w swoją pierwszą trasę po Polsce, gdzie promowałem swój debiutancki album – od tamtej pory zagrałem ponad 160 koncertów, a ten bydgoski był 161. W międzyczasie poznałem też moją aktualną partnerkę Martę, dlatego przebywam tu coraz więcej i robię coraz to więcej rzeczy – więcej nawet jak na samej Islandii.
To rzeczywiście bardzo ciekawy rozwój kariery. W takim razie narzuca mi się pytanie czy jesteś rozpoznawany na ulicach Rejkiawiku? Czy na Islandii istnieją celebryci?
Ragnar Ólafsson: O moim istnieniu wiedząmuzycy z Islandii i osoby, które interesują się tym bardziej, niż przeciętny słuchacz. Generalnie na wyspie żyje tylko 372 tysięce osób, chyba nawet tyle co w samej Bydgoszczy. Co fajne, każdy na Islandii robi coś kreatywnego – jeden jest pisarzem, drugi malarzem, trzeci muzykiem – tak jak ja. Z tego też powodu mamy bardzo dużo dobrej muzyki, jednak co mniej fajne, mało jest osób, które słuchają jej z pozycji fana, bo każdy ma znajomego muzyka. Tylko paru Islandczyków żyje z muzyki, reszta musi inaczej zarabiać na swoje utrzymanie. Bycie islandzkim muzykiem wymaga wyjścia poza kraj, co udało się Árstíðir, gdzie cieszymy się popularnością w USA, Niemczej czy Holandii.
Jak zatem różni się Twój proces twórczy, od tego dla Árstíðir?
Ragnar Ólafsson: To jest niczym bycie aktorem – jak Val Kilmer, raz Jim Morrison, raz Batman, raz rycerz, raz kowboj. Z zespołem Árstíðir podejmujemy demokratyczne decyzje, przy swojej twórczości nie muszę tego z nikim konsultować. Wydałem do tej pory dwa albumy, trzy kolejne czekają na swoją premierę i to właśnie przy tym debiutanckim odkryłem swój sposób na tworzenie. Urges napisałem jeżdżąc motocyklem po Kolorado, zaś m.i.s.s. wyruszając w czterotygodniowy rejs łódką w dół rzeki Missisipi. Pisanie mojej muzyki najłatwiej przychodzi mi przemieszczając się po nieznanym do tej pory terenie, tworząc minimum jedną piosenkę dziennie. Trzeci album, Lost Creek, powstawał kiedy odwiedzałem mojego przyjaciela w Tennessee. Z czwartym wróciłem z podróży do Meksyku, tuż przed początkiem pandemii. Piąty natomiast będzie nazywać się Poland, bo powstał właśnie tutaj, w Polsce.
Kiedy więc usłyszymy te pozostałe trzy krążki?
Ragnar Ólafsson: Zapewne to Poland będzie moim oficjalnym trzecim albumem. Wszystko jednak jeszcze przede mną – mam nadzieję, że trafi do Was w przyszłym roku. Generalnie cierpię na klęskę urodzaju, bo mam więcej utworów, jak realnie mogę wydać.
Zatem zanim opublikujesz swoje nowe dzieła, które pięć swoich utworów wybrałbyś, aby przedstawić się osobom, które nie znają Twojej twórczości?
Ragnar Ólafsson: Po pierwsze – Southern Night, pochodząca z m.i.s.s. – tak nazywała się łódka na której podróżowałem i była to też pierwsza piosenka, która okazała się naprawdę radosna w mojej dyskografii. Nigdy wcześniej nie napisałem takiej piosenki. Z tego też powodu poprosiłem swoich fanów, aby razem ze mną ją zaśpiewali. Tym sposobem wykonałem tą kompozycję z 52 osobami z 11 krajów, co możecie usłyszeć na końcu tej konkretnej piosenki. Dalej to zaczyna się robić trudno… Petals ma w sobie jakąś magię – pewnie dlatego nie było koncertu, gdy nie grałem tego utworu. Niech trzecim będzie Minor Scratch – głównie dlatego, że do dziś nie stworzyłem nic podobnego. Kiedy ją napisałem, zupełnie mi się nie podobała i nawet nie myślałem, że znajdzie się na m.i.s.s. Jednak któregoś dnia pokazałem ją swojemu kumplowi Davidowi i po jakimś czasie zadzwonił do mnie pijany późno w nocy i wykrzykiwał „minor scratch, minor scratch!”. Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale wróciłem do tej piosenki i zaczęła mi się podobać. Po czwarte – Deva, która opowiada o mojej przyjaciółce Devie. Podczas pieszej wycieczki po górach spadła z klifu. Złamała praktycznie wszystkie kości w swoim ciele, jednak nie złamało to jej ducha, choć nie było pewności, czy Deva przeżyje ten wypadek. Tak też powstała ta piosenka, która miała być swoistym czarem, żeby do nas wróciła – wróciła i to szybciej, niż przewidywali to lekarze. Ważne jest też to, że to właśnie ta piosenka pozwoliła wielu moim fanom przetrwać trudny czas w życiu prywatnym. Niech piątą piosenką będzie zapowiedź Poland – wybieram Warsaw. Kiedy ją pisałem, ponownie działo się to inaczej, niż zwykle, łącznie z jej wykonaniem. Mogłeś ją usłyszeć na początku mojego koncertu w Bydgoszczy.
Wspomniałeś też, że jesteś producentem i tworzysz piosenki do „Söngvakeppnin”, czyli islandzkich preselekcji do Eurowizji. Czy możesz powiedzieć jak wygląda proces kreowania tego show od strony producenta muzycznego?
Ragnar Ólafsson: RÚV, czyli islandzka telewizja, wybiera utwory poprzez otwarty nabór – każdy może wysłać swoją piosenkę, których finalnie wybierają od 20 do 30, spośród których w konkursie startuje 10, 12. Występowałem podczas „Söngvakeppnin” przy trzech różnych okazjach – dwa razy jako chórzysta, a trzeci jako trener wokalny. W roku 2017 wyprodukowałem, zaaranżowałem i nagrałem piosenkę Trust In Me, która finalnie była wykonywana przez Sólveig Ásgeirsdóttir. Co prawda nie zakwalifikowała się do finału, jednak jest to zawsze świetna zabawa, bo tworząc piosenki na Eurowizję nie musimy brać siebie nazbyt poważnie. Stworzyli nawet o nas film, „Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga”, bo naprawdę mamy bzika na jej punkcie. Mogę Ci też zdradzić, że jeśli jury dostrzeże w mojej propozycji potencjał, zostanę uczestnikiem „Söngvakeppnin 2023”!
Wow! Trzymam zatem za ciebie kciuki! W takim razie jakie są Twoje ulubione eurowizyjne piosenki – islandzka i generalnie znana z konkursu?
Ragnar Ólafsson: Moją ulubioną islandzką propozycją byłaby Nina duetu Stefán i Eyfi z roku 1991. Do dziś jest to bardzo popularna piosenka na Islandii, gdzie chyba każdy muzyk jaką wykonywał, w tym też i ja. Jeśli chodzi o całą Eurowizję, to Euphoria Loreen – za każdy razem mam dreszcze gdy widzę ten występ i słyszę ten wokal, coś fantastycznego.
Kończąc, jakie są Twoje artystyczne marzenia do spełnienia?
Ragnar Ólafsson: Kocham robić muzykę, która ma dla mnie znaczenie. Moim marzeniem jest, żeby występować na coraz większych scenach w nieznanych mi do tej pory krajach i poznawać nowych ludzi, którzy doceniają szczerość.
I tego Ci serdecznie życzę. Bardzo dziękuję za rozmowę!
Trzymaj się!
