Kobieta powstała. Tove Lo – Dirt Femme, 2022 (recenzja)

Inne recenzje

Ileż było karier gwiazd, które mając w garści wielkiego hita, nie zdołało utrzymać zainteresowania publiczności na dłużej. Niemalże 8 lat temu Tove Lo zasłynęła utworem Habits (Stay High), a dziś dumnie wydaje swój piąty studyjny krążek. Czy zatem Dirt Femme to dzieło, które odcina kupony od przeszłości, czy może jednak wnosi coś nowego do twórczości Szwedki? Jakże mnie cieszy, że właśnie to drugie!

Tove Lo była zawsze dla mnie tą artystką, którą rzecz jasna kojarzę, jednak nie znam żadnego z jej numerów. Wspomniany już Habits poznałem w całości dopiero przy okazji tej recenzji. Niemniej, twórczość Tove kojarzyła mi się zawsze z tymi numerami, gdzie kobieca siła polega na sprzeciwie wobec płciowych stereotypów, pozwalając sobie na luz i nonszalancję. Myślę, że Beyoncé, Britney Spears czy Katy Perry raczej nie odważyłyby się na nagranie piosenki zatytułowanej Disco TitsLadywood, czy Bitches. Zatem teoretycznie zdawałoby się, że Tove Lo ma wszystko, żeby dotrzeć do mnie ze swoją nową muzyką – charakterna i idąca swoją artystyczną drogą. Dlatego też byłem ciekaw co takiego może przynieść jej najnowsze dzieło i muszę przyznać, że dostałem więcej, niż oczekiwałem.

Dirt Femme to jeden z lepszych tanecznych albumów w tym roku. Ponadto, Tove Lo w pełni przyjęła rolę kobiety, która nie jest idealna i czerpie z tego ogromną siłę Jednak w tym wszystkim jest wręcz beznadziejną romantyczką, walcząc ze swoją chęcią znalezienia tej jedynej, wymarzonej miłości. Oczywiście nie ma w tym nic złego – kobieta może kochać i na oczach świata przeżywać swoje emocjonalne problemy, nie będąc oskarżaną o histerię. Taki jest ten album – pod przykrywką wielkiej tanecznej imprezy, Tove Lo ukryła swoje największe rozterki, aby pokazać, że jest kobietą niebojącą się upadać na kolana. Nieważne, czy przez kolejną nieudaną relację, czy zatracenie się w tańcu.

Jednak, żeby nie było tak kolorowo, Dirt Femme to naprawdę fajny kawałek tanecznej muzyki, lecz niekoniecznie koherentny album. Nie mam wątpliwości, że Tove Lo wykreowała jakąś historię, lecz nie jest skumulowana w fabule, a raczej impresjach uczuciowego życia. Dlatego też mam poczucie zmarnowanego potencjału, ponieważ pierwsze pięć numerów idealnie ze sobą współgra, co jest dla mnie niesamowitym doznaniem. A potem nadchodzi utwór Cute & Cruel i cała ta opowieść jakby się rozmywa. Atmosferę początku Dirt Femme próbują później przywrócić I’m To Blame oraz How Long, lecz dla mnie jest już za późno. Co istotne, pozostałe piosenki nie są złe, po prostu nie dorównują tym pięciu, którym udało się stworzyć niepowtarzalną atmosferę wokół siebie.

Z czysto muzycznego punktu widzenia, Dirt Femme to połączenie tanecznych bitów The Weekenda, romantyczności i stonowania Robyn oraz szaleństwa Melanie Martinez. Dance pop, synth pop, electro pop – klasyczna mieszanka, którą Tove Lo ukierunkowała na bardziej mroczne tereny, jak Lady Gaga przy okazji Born This Way bądź The Weekend wraz z Dawn FM. Produkcja tego albumu jest doprawdy wyśmienita, nawet jeśli nie wszystkie numery do siebie specjalnie pasują. Lirycznie również czuję się bardzo dopieszczony, bo Tove pisze bardzo ciekawe teksty. Nieoczywiste, niby takie proste, a jednak mają w sobie zawarte kompleksowe emocje, co jest naprawdę intrygujące.

Najlepszymi z najlepszych utworów są True Romance oraz 2 Die 4. Pierwszy to ambientowa ballada, gdzie Tove Lo ma wręcz rozdarte serce, zaś druga to promyk nadziei na wiele wspaniałych nocy z miłością życia. Drugim takim wyśmienitym duetem jest I’m To Blame i No One Dies From Love, choć tu oba są pełne goryczy i smutku. Na pewno nie wrócę do numeru Cute & Cruel – brzmi dla mnie jak piosenka z serialu „Glee”, co znaczy tyle, że wiąże się z bardzo specyficznym stylem. Kick In The Head również tu nie pasuje, bo brzmi jak piosenka Britney Spears z początku lat 2000, choć jako osobny twór naprawdę go polubiłem. Zdecydowanie więcej oczekiwałbym od Attention Whore, zaś SuburbiaGrapefruit oraz How Long niczego nie brakuje.

Dirt Femme nie jest idealny, jednak znalazło się na nim wiele idealnych piosenek, które zostaną ze mną na bardzo długo. Nie mam wątpliwości, że Tove Lo potrzebowała tych trzech lat, żeby znaleźć dla siebie nowy artystyczny kierunek. Oby więcej takich przerw, bo jak widać, efekt jest piorunujący, a to nie łatwe, śpiewając o straconej miłości.

Tove Lo - Dirt Femme
  • Data premiery: 14 10 2022
  • Single: How Long, No One Dies From Love, True Romance, 2 Die 4, Grapefruit, Call On Me
Najlepsze utwory: 2 Die 4, True Romance, No One Dies From Love, I'm To Blame, Suburbia, Grapefruit, How Long
Najsłabsze utwory: Cute & Cruel, Attention Whore


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Christian Cieślak
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.

Czytaj również

Ileż było karier gwiazd, które mając w garści wielkiego hita, nie zdołało utrzymać zainteresowania publiczności na dłużej. Niemalże 8 lat temu Tove Lo zasłynęła utworem Habits (Stay High), a dziś dumnie wydaje swój piąty studyjny krążek. Czy zatem Dirt Femme to dzieło, które odcina...Kobieta powstała. Tove Lo – Dirt Femme, 2022 (recenzja)