Jeszcze kilka tygodni temu byłem przekonany, że polski hip hop nie jest w stanie mnie już zaskoczyć. Ostatnie płyty rodzimych MCs zdawały mi się miernymi pół-produktami, których żywotność kończy się wraz z końcem pierwszego odsłuchu. Całe szczęście, doczekaliśmy się albumu, który przerwał tę niechlubną passę wtórności. Mowa o Niebie nad Berlinem, czyli kolaboracyjnym krążku osobliwego w swoim hardcore’owym stylu Kozy i złotego dziecka polskiego jazzu – Kuby Więcka.
Ci dwaj młodzi, acz niesłychanie utalentowani artyści wspólnymi siłami stworzyli płytę, którą niesposób zamknąć w szufladce z nazwą jakiegokolwiek gatunku. Obaj panowie z powodzeniem oddalili się od macierzystych gatunków (saksofon Kuby ustąpił miejsca klawiszom i elektronicznym przeszkadzajkom, podczas gdy Kamil z przekonaniem skanduje „Zabij mnie natychmiast, jeśli właśnie robię hip-hop”), dzięki czemu Niebo nad Berlinem jawi się jako zachwycająco świeży i nowatorski materiał.

Wyjątkowa jest też historia poznania obu muzyków. Chłopaków połączył Berlin, który nadał płycie ostateczny tytuł i wpłynął na ekscentryczny klimat każdego z utworów. Krótkie, ale bardzo produktywne spotkanie Kuby i Kamila w stolicy Niemiec zaowocowało powstaniem konceptu wspólnej płyty i przygotowaniem pierwszych szkiców utworów. To właśnie w Berlinie został napisany Bóg niemoty – utwór, od którego wszystko się zaczęło.
Co ciekawe, zanim płytowy materiał dopłynie do ostatniej pozycji, pod którą znajduje się singlowy kawałek 3000, nasze nastroje i stanowisko wobec Nieba nad Berlinem ulegną znaczącej zmianie przynajmniej kilkanaście razy. Tutaj style zmieniają się jak w kalejdoskopie, a muzyczne żarty (Mango) przeplatają się z ciężkimi tyradami (Faszyzm). Jeśli dodamy do tego natchnione teksty, w których skomplikowane słówka pojawiają się częściej niż w wierszach, które poznasz na lekcji rozszerzonego języka polskiego w liceum i kilka jazzujących bitów, w efekcie otrzymamy najlepszy krążek tegorocznej polskiej alternatywy… Ale od początku…
Płytę rozpoczyna storytellingowy Deszcz w Buenos Aires. Z reguły nie lubię przyrównywać jednych artystów do drugich, bo przeważnie jeden z nich wychodzi na tym pokrzywdzony, a przecież nie taki jest cel wypowiedzi! Jednak tym razem pozwolę sobie zrobić wyjątek. Piosenka otwierająca album przywołuje na myśl najlepsze kawałki Łony oraz wczesną twórczość Meek, Oh Why?-a. Udziela mi się ten niebanalny sposób prowadzenia narracji. Na szczęście, na płycie znalazło się o wiele więcej podobnie kąsających patentów.
Bystrych wersów nie brakuje też Ariannie – kawałkowi umieszczonemu na pozycji drugiej. Jednak mam wrażenie, że największą siłą tego utworu jest kosmiczny podkład Kuby Więcka. Jeśli miałbym wybrać mój ulubiony bit z Nieba nad Berlinem, z całą pewnością wskazałbym właśnie na Ariannę. Z kolei statuetkę najlepiej przekminionego tekstu przyznałbym singlowemu Jarmuschowi. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten strumień świadomości w wykonaniu Kozy, odczułem nieodpartą potrzebę przesłuchania całej płyty. Ku mojemu zawodowi, do premiery longplay’a został niemal miesiąc.
Inne jaskrawe punkty albumu to Duchy z przeszywającą partią saksofonu, earwormowe Serce, Pogrzeb Kozy, w którym Kamil porusza temat nieuchronnej śmierci, która „w skali kosmosu to tylko mała kraksa” czy wieńcząca album kompozycja 3000.
W połowie drogi między hip-hopem a jazzem leży wyspa geniuszu. Wyspa, na której właśnie osiedlili się Koza i Kuba Więcek, czyli autorzy najbardziej pokręconej i zarazem najbardziej intrygującej płyty, jaką będzie nam dane usłyszeć w tym roku. Odsłuch tego albumu gwarantuje poczucie większej świeżości niż spożycie gumy Orbit spearmint.
- Data premiery: 14 05 2021
- Single: Jarmusch, 3000
