Nareszcie doczekaliśmy się pełnego albumu Adama Lamberta. Od wydania EPki Velvet: side A minęło już pół roku. Teraz możemy zapoznać się z całością projektu Velvet. Czego się po nim spodziewać? Co na nim znajdziemy?
Płyta w założeniu miała zebrać w sobie materiał z EPki wydanej we wrześniu zeszłego roku wraz z zupełnie premierowym materiałem. W pewnym sensie tak właśnie się stało. Krążek zawiera wszystkie utwory z Velvet side A jak i opublikowane jeszcze przed jej premierą single, energetyzujące, imprezowe Coming in Hot oraz bardzo emocjonalne Feel Something i New Eyes.
Poza tym są na nim również 4 zupełnie nowe utwory. Moim zdaniem na szczególną uwagę zasługują dwa spośród nich. Mam na myśli Roses i Love Don’t. Obie o poczuciu bycia niedocenianym w miłości, obie fantastyczne, wypełnione po brzegi charyzmą Adama, która, choć trudno uchwycić ją w słowa i opisać jej sedno, nadaje jego twórczości tego niepowtarzalnego charakteru do którego wszystkich nas tak ciągnie.
Mogłoby się wydawać, że skoro Velvet ukazywało się fragmentami na przestrzeni prawie roku, trudno będzie zachować na nim spójność i ciągłość. Jednak wspomniania charyzma, której ogrom nie tylko w tych dwóch utworach, ale i w całości materiału, jest jednym z czynników dzięki, którym wszystko zgrywa się że sobą i ma sens.
Jest coś jeszcze. Coś może nawet ważniejszego pod tym względem. Koncept i pomysł. Był on już wyraźnie słyszalny na EP side A. Artysta niepodważalnie inspirował się i czerpał z muzyki lat 70. i 80. Materiał to połączenie nowoczesności z popem i rockiem tamtych czasów. Na nowym albumie znajdziemy klimat przynoszący na myśl twórczość zespołów takich jak Bee Gees czy Queen. To drugie skojarzenie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że Adam od kilku lat już współpracuje z zespołem w roli wokalisty.
Słychać od razu, że tworząc ten materiał Lambert doskonale wiedział co robi, co chce przekazać i jaki efekt osiągnąć. Album jest przemyślany i osobisty. Poza tym muzycznie i produkcyjne świetny. Ogromnie przysłużyło mu się użycie żywych instrumentów, których w porównaniu z wcześniejszą twórczością artysty jest tam znacznie więcej. Jeszcze bardziej pogłębia to wrażenie lekkiego przeniesienia w czasie.
Jest naprawdę bardzo dobrze. Jeśli miałabym się do czegokolwiek przyczepić to byłaby to bardzo niewielka ilość całkiem nowych utworów. Poza wspomnianym Roses i Love Don’t, jedynie Velvet i On The Moon są takimi, których fani nie mieli okazji słuchać wcześniej. A i to nie do końca prawda, bo przecież Roses ukazało się jako ostatni singiel tuż przed premierą krążka. Jeśli jednak pominąć ten fakt, to Velvet jako całość jest fantastyczne.
- Data premiery: 20 03 2020
- Single: Roses
