Jeśli kiedykolwiek zdarzyło wam się niecierpliwie wyczekiwać jakiegoś albumu z pewnością zrozumiecie, co mam na myśli pisząc, że bałam się tego, co przyniesie ze sobą After Hours. Czasami bowiem bywa tak, że im bardziej się człowiek nakręca, tym bardziej rozczarowany jest tym co dostaje, a jeśli dodamy do tego fakt, że do tej pory The Weeknd narzucał sobie bardzo wysoki poziom, to wspomniana zależność staje się jeszcze bardziej realna. Może wypadałoby potrzymać swoich odbiorców w niepewności, ale skoro i tak już długo czekaliśmy na ten krążek, to nie będę tego robić już na wstępie zdradzę Wam, że możecie odetchnąć z ulgą, bo After Hours to kawał świetnej roboty.
Rozpoczynając od Alone Again, Abel wabi słuchacza głębokim brzmieniem, chwytliwym bitem i głosem, który jest tak charakterystyczny, że przebija się nawet przez delikatnie narastający efekt Auto-Tune. Jednocześnie już na początku dając do zrozumienia, że chociaż After Hours ma w sobie ten niezbędny powiew świeżości, będzie jednocześnie pewnego rodzaju podróżą w przeszłość, którą zwiastują między innymi charakterystyczne dla odtwarzania płyty winylowej delikatne szmery.
Pierwszy utwór wydaje się całkiem przyjemną zapowiedzią i obietnicą tego, czego możemy spodziewać się na najnowszym albumie The Weeknd.
Too Late jest elektryzującym romansem starego, dobrego R&B i wciągających, dopracowanych techniczne mixów. Te części składowe pozwalają artyście przechodzić od prostego, przyjemnego dla ucha feelingu do nieco bardziej skomplikowanych połączeń, które powoli zmieniają się, by wprowadzić delikatnie niepokojący nastrój. Abel Makkonen Tesfaye, właśnie tym konkretnym zabiegiem raz jeszcze daje do zrozumienia swoim fanom, że to, co zdecydował się im podarować, nie jest dziełem przypadku. To dopiero drugi utwór, a już można wyczuć, że na tym krążku każdy szczegół został dopracowany do perfekcji. Zaowocowało to między innymi tym, że w moim odczuciu, nawet gdyby artysta pokusił się o pozostawienie tego utworu jedynie w wersji instrumentalnej, pozbawiając go tekstu przepełnionego tęsknotą i niepewnością, to te emocje dotarłyby do nas zamknięte w samym dźwięku.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam Hardest To Love, dosyć ciężko mi było zdefiniować ten kawałek, ale im dłużej się w niego wsłuchiwałam, tym mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że może właśnie o to w nim chodzi. Przygnębiający tekst, ubrany w dość lekkie do przyjęcia brzmienie, które jakby odwraca uwagę od przekazywanego przez artystę ciężaru emocjonalnego, płynnie przechodzi w kolejny umieszczony na płycie utwór. To trochę tak jakby właśnie te sprzeczności z czasem stawały się spoiwem całości. Być może taki był zamysł, a może to tylko moje domysły jednak The Weeknd zdaje się zabierać słuchacza w niezwykle spójną muzycznie podróż, pokazując jednocześnie, że to wszystko, co zdołał ubrać w słowa, wcale nie jest tak proste i przyjemne jak mogłoby się wydawać.
Utwór Scared To Live pomimo długich fraz wyśpiewywanych przez Kanadyjczyka uniknął pompatyczności, która bardzo często towarzyszy tego typu utworom. Przekazywanie uczuć w taki nienachalny sposób to coś, czego brakowało mi od dawna.
Snowchild umieściłabym nawet gdzieś na pograniczu rapu, chociaż z pewnością nie jest to typowa pozycja z tego gatunku. Kolejny raz Abel przemyca tak naturalne dla siebie Rhythm and bluesowe brzmienie, które bez problemu odnajdziemy również w Escape From LA.
Kolejna pozycja czyli Heartless, nieco nakręca tempo całego albumu. Jednocześnie jest także czymś, co już znamy, bo to pozycja, która stała się singlem jeszcze w 2019 roku i nie bez przyczyny rozgrzała publiczność. W podobnym stylu utrzymana jest kompozycja Faith, która wypełniona jest odgłosami tętniącego życiem miasta, które dzieląc utwór, pozwalają mu przejść dość ciekawą transformację.
Syntezatory, które otwierają Blinding Lights, w mgnieniu oka zabierają nas w podróż do przeszłości. Przywoływanie lat 80 w ich najlepszym możliwym wydaniu to ta umiejętność, którą The Weeknd opanował naprawdę dobrze i doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo z roli stylowego wehikułu czasu nie wychodzi również w In Your Eyes. Jeśli chodzi o samą stylistykę to, jakoś tak mimowolnie do głowy przychodzi mi Michael Jackson i to ten z pogranicza lat 70 i 80. To, co skradło moje serce w tym numerze to z pewnością przyjemnie grający dęciak.
W takim tanecznym nastroju utrzymuje nas także Save Your Tears, bo kto powiedział, że nie można tańczyć ze smutku. To jednocześnie utwór, który najbardziej mnie zaskoczył, nie dlatego, że nie spodziewałam się takich kompozycji na After Hours, ale dlatego, że przyciągnął mnie do siebie na tyle, że to do niego wracałam najczęściej.
Repeat After Me (Intrelude) to dźwiękowo niezwykle kosmiczna wyprawa, w którą zapewne wielu wybierze się z przyjemnością.
Tytułowe After Hours w miarę upływu czasu nabiera rozpędu, przeprowadzając słuchacza od dość topornie wybijanego rytmu do całej gamy dźwięków nabudowanych wokół niego.
The Weeknd zamyka album dość strategicznie, bo zwalniając tempo Until I Bleed Out. Tym podsumowaniem jeszcze raz pokazuje, jak doskonale potrafi panować nad swoim głosem. Jednocześnie wypełnia muzyką wszystkie możliwe zakamarki.
Mogę z czystym sumieniem napisać, że The Weeknd mnie nie zawiódł. Mało tego, After Hours utwierdził mnie w przekonaniu, że Abel ma w sobie tę iskrę, która każe mu pokonywać samego siebie. Jest w tym jednak pewna ironia losu, gdy dostajesz nowy album, który jest tak dobry, że już czekasz na następny.
- Data premiery: 20 03 2020
- Single: Blinding Lights, After Hours
