Ozzy wraca po dekadzie i wydaje album naładowany emocjami, ale to już nie ten sam „Książe Ciemności”, co kiedyś.
Rok temu leżał jeszcze na intensywnej terapii i choć dziś z jego zdrowiem wcale nie jest dużo lepiej, zdołał nagrać album. Ordinary Man nie jest szczytowym osiągnięciem „ojca chrzestnego heavy metalu”, ale chyba nikt nie oczekiwał, że tak będzie. Ząb czasu mocno nadszarpnął Ozzy’ego, który ostatnio częściej niż w trasy koncertowe, jeździł do szpitala podreperować zdrowie. Brytyjczyk chce nam udowodnić, że jeszcze może, choć zdaje sobie sprawę z umykających sił.
Tytułowy kawałek, zaśpiewany wspólnie z Eltonem Johnem, brzmi jak spowiedź z dotychczasowego życia i jednocześnie zapewnienie, że to jeszcze nie koniec.
„Pamiętajcie mnie gdy kolory zbledną
Gdy światła gasną, pozostaje tylko pusta scena”
śpiewa w tytułowym utworze Ozzy.
W kontekście styczniowego oświadczenia rodziny Osbournów o chorobie Parkinsona Ozzy’ego, zdiagnozowanej rok temu, nabiera się poczucia, że to koniec pewnej ery w heavy metalu. Wrażenie to potęguje wysłuchanie kilku kawałków na płycie, na których „Książe Ciemności” nie brzmi już tak mrocznie, jak kiedyś. Jego kiedyś dziwaczne fascynacje śmiercią i wszystkim, co z tym związane przeszły z makabrycznego sznytu w fatalistyczny nastrój tekstów o przemijaniu. Ostał się jedynie ciężki gitarowy riff i to nawet nie w każdym kawałku. Tytułowy numer zaśpiewany wspólnie z Eltonem Johnem jest flagowym przykładem zmiany, jaka zaszła w Osbournie w ostatnim okresie. Jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślałby, że może nagrać tak elegijny i pełny głębokich przemyśleń utwór. Ordinary Man to pop rock z gościnnym udziałem Slasha, Duffa McKagana na basie i perkusją w wykonaniu Chada Smitha z Red Hot Chilli Peppers. Wpada w ucho, ale już z zupełnie innych powodów niż wcześniejsze numery Ozzy’ego.
Zupełnie inaczej jest z innym singlem – Under the Graveyard, trudnym do zakwalifikowania gatunkowo, znajdującym się gdzieś w pobliżu heavy metalu podobnego do Sabbath’owych kawałków z początku lat 70. Podobne wrażenie ma się podczas słuchania otwierającego album Straight to Hell, zaczynającego się chóralnym śpiewem, a po charakterystycznym „All right now” wchodzi mocny riff i Ozzy w pełnej krasie jak za dawnych lat z okresu późnego Black Sabbath, a nawet bardziej – wczesnego okresu po odejściu z zespołu.
Są oczywiście na tej płycie momenty słabsze. To Eat Me i Scary Little Green Man całkowicie do zapomnienia i kompletnie dla mnie niepotrzebne zakończenie płyty kawałkiem Take What You Want, na którym Ozzy występuje tylko gościnnie, a pierwsze skrzypce gra Post Malone. Od razu daje się wyczuć, że Osbourne jest zupełnie nie w swojej bajce.
Wydany po dziesięcioletniej przerwie, dwunasty solowy album Ozzy’ego powstawał nieco inaczej niż poprzednie. Tym razem materiał powstawał podczas krótkich i maksymalnie intensywnych nagrań w studiu, właściwie w przerwach między kolejnymi kuracjami „Księcia Ciemności”. Ozzy – sam z resztą się do tego przyznawał – cieszył się, że nie musi nagrywać podczas wielogodzinnych i wyczerpujących sesji tylko, jak za dawnych Sabbath’owskich lat, wszedł do studia, nagrał i niech płyta idzie w świat. Zwykle nie da się ustrzec w takich sytuacjach przed produkcyjnymi niedoróbkami, ale może to i lepiej, że materiał nagrano jak najszybciej, bo może dzięki temu możemy w ogóle tego wysłuchać. Ze zdrowiem Ozzy’ego wciąż jest nie najlepiej, o czym świadczy odwołana wiosenna trasa koncertowa, by poddać się kuracji w Szwajcarii. Ordinary Man właśnie ze względów zdrowotnych może okazać się pożegnalnym albumem, a Ozzy z biegiem czasu coraz bardziej wycofując się z życia publicznego, będzie mógł cieszyć się należną mu rolą żyjącej legendy heavy metalu, której nikt już nie zabierze.
- Data premiery: 21 02 2020
- Single: Under The Graveyard, Straight to Hell, Ordinary Man, It's a Raid
