Justin Bieber powrócił z nową muzyką. Z pewnością jego fani nazywani Beliebers, są z tego powodu bardzo szczęśliwi. Data wydania krążka zbiegła się z dniem zakochanych, czyli 14 lutego, tym bardziej, że Changes jest jak przyznaje sam Bieber albumem opowiadającym o jego żonie Hailey Bieber. Od czasu wydania jego ostatniego albumu Purpose w 2015 roku minęły już 4 lata. To jego najdłuższa przerwa między albumami, w dotychczasowej karierze. Nasuwa się więc pytanie – czy warto było czekać na ten powrót?
Changes, jak mówi za niego sam tytuł jest albumem nowym w dotychczasowej twórczości artysty. Zapowiada prawdopodobnie nowy kierunek w muzycznej ścieżce, oraz opowiada o samych zmianach w jego wnętrzu. Znalazło się na nim 16 piosenek, które są dla niego bardzo osobiste. Stylistycznie osadzone są między R&B, soulem, popem i lekkim trapem. Podczas odsłuchu miałem spory problem z dotrwaniem do końca. Głównym problemem Changes jest to, że nie są one ani ekscytujące, ani dynamiczne. Być może jest to wynikiem braku wariacji w utworach. Większość z nich muzycznie po prostu brzmi tak samo. To tak, jakby w procesie tworzenia producent wraz z Justinem stworzyli jeden bit, który wpadł im w ucho i nie chcąc poświęcić pracy nad innymi wrzucili go do ponad połowy utworów. Brakuje mi tu kompozycji, która zdecydowanie wybijać się będzie ponad inne. Nie mówię o kilku, ale chociażby jednej. Weźmy np. bardzo promowany na siłe przez Biebera i jego management singiel Yummy. Prosty tekst, utwór jakich na amerykańskim rynku wiele. Gdyby nie fakt, że został wydane przez niego, a jakiegoś innego artystę, pewnie przepadłby pośród innych.
Nie jest jednak tak, że wszystkie utwory są bardzo niewyraziste. Im bliżej do końca albumu, tym bardziej zmienia się stylistyka utworów, bity odchodzą w tło a wkracza gitara elektryczna z czystym brzmieniem i fajnie zagranymi motywami. Takim utworem jest E.T.A, w którym Justin śpiewa o tym, jak to wygląda przez okno za swoją ukochaną. Lekka i spokojna ballada, na plus. Niestety podobnie pod względem melodycznym brzmi tytułowe Changes, chciało by się jakiejś odmiany.
Na krążku znalazło się również kilka utworów z zaproszonymi gośćmi. W Get Me, głosu użyczyła Kehlani. Dodała trochę uroku do tej kompozycji. Jej głos nie wybrzmiewał długo, ale zapada w pamięć i dobrze zgrywał się z wokalem Justina. Innym zaproszonym artystą był Post Malone, który udziela się w Forever. Teskt niezbyt porywający i mało ambitny, na plus dobry bit i obecność Post Malone. Swój udział w Changes miał również Travis Scott w Second Emotion.
Przyznaję, nigdy nie byłem wielkim fanem twórczości Biebera. Ale też nie nastawiałem się jakoś negatywnie przed odsłuchem albumu. Uważam nawet, że ma w swoim dorobku kilka naprawdę dobrych kompozycji: Love Yourselfe, Sorry, czy What Do You Mean? lub stare As Long As You Love Me, szczególnie w wersji akustycznej. Ogółem album Believe, z utworami w wersji akustycznej z 2013 jest godny polecenia, świetnie zrobiony! Z pewnością Changes ciężko będzie dorównać klasie Purpose, które jest chyba najlepszym albumem w dorobku Justina. Stworzył on krążek, którym chciał zaprezentować światu, jak i swoim fanom przemiany jakie u niego zaszły. Opowiedzieć o swojej miłości do żony, o tym jak ważna jest dla niego, jak go ukształtowała i pozwoliła być w tym miejscu, w którym jest. Jak śpiewa, czuje się z tym dobrze i przede wszystkim szczęśliwy. Osobiście nie rozumiem całego hype’u na ten album i z przykrością stwierdzam, że nie jest to to, czego oczekiwałem. W ostatnim czasie słyszałem wiele lepszych albumów. Jeśli miał to być również album nastawiony na mainstream, to niestety ale nie tędy droga. Słuchając go, oczekiwałem czegoś, co mnie zaskoczy, porwie i pozwoli powiedzieć – dobra robota Justin. Niestety..nie doczekałem się. Albumu nie polecam, chyba, że jako usypiacz, gdy nie możesz zasnąć.


