
Pionierzy synth-popu – Orchestral Manoeuvres In The Dark zagrali dwa wyprzedane koncerty w ramach 40th Anniversary World Tour. 3 lutego po raz pierwszy w Krakowie oraz 4 lutego ponownie w warszawskiej Progresji, energią i brzmieniem największych przebojów po raz kolejny zelektryzowali publiczność.

Zespół Orchestral Manoeuvres in the Dark został utworzony w 1978 roku przez nastoletnich przyjaciół Andy’ego McCluskeya i Paula Humphreysa. Szybko stali się jedną z najbardziej lubianych brytyjskich grup oraz pionierami muzyki elektronicznej z serią hitów wydanych w latach 80-90. oraz sprzedanych płyt i singli liczonych w dziesiątkach milionów. Co uległo zmianie po czterech dekadach działalności artystycznej? Można śmiało stwierdzić, że w dzisiejszych czasach istnieje niemalejące zapotrzebowanie na muzykę OMD. Ich najnowszy album z okazji okrągłej 40-tej rocznicy pod tytułem Souvenir zawierający zbiór największych przebojów grupy, trafił na oficjalną listę przebojów w Wielkiej Brytanii.
Wracając jednak do trasy koncertowej, zarówno koncert w warszawskiej Progresji, jak i poprzedzający go dzień wcześniej w krakowskim Klubie Studio – zostały całkowicie wyprzedane ponad miesiąc przed samym wydarzeniem! Podobnie, jak miało to miejsce w 2018 roku, wyborem głównego bohatera wieczoru, publiczność rozgrzewała jedna z obecnie najciekawszych i obiecujących formacji na polskiej scenie alternatywnej, Decadent Fun Club. Muzycy zaprezentowali półgodzinny program złożony z autorskich utworów oraz najnowszą interpretację Paranoja jest goła zadedykowaną Korze i grupie Maanam, którą obecnie można usłyszeć na Liście Przebojów Trójki.

Punktualnie o 21:00 światła w Progresji gasną, a w tle roznosi się intro trasy koncertowej. Zmysły już od pierwszych chwil wychwytują wyrazisty dźwięk i czystą grafikę z tyłu sceny. Oczekiwania były wysokie, a tłum tego wieczoru był w pełni gotowy na ponownie przyjęcie legendy. Zza kulis słychać witający się z publicznością, jakże rozpoznawalny głos. Następnie muzycy w składzie Andy McCluskey i Paul Humphreys wraz z Martinem Cooperem i Stuartem Kershawem wychodzą na scenę, a tłum wybucha oklaskami.
Zaczynając od Stanlow wydanego równo 40 lat temu, który był wykonany z mnóstwem emocji, przeszliśmy do nowszego, naładowanego energią Isotype. Wybierając listę utworów z tak bogatego repertuaru, muzycy postawili na różnorodność, przeplatając tradycyjne synth-popowe klasyki z dynamicznymi popowo-lirycznymi liderami w ich dyskografii. Brzmieniowo wyraziste Messages, skoczna Tesla Girls, czy rozpoznawalne od pierwszych dźwięków i oklaskane przez widownię Maid Of Orleans – oczywiście w bezbłędnym wykonaniu Andy’ego. Przy dynamicznym History Of Modern (Part 1) publiczność zachęcona przez McCluskey’a, szalała w podskokach. Chwilę z sam na sam z publicznością miał również klawiszowiec Paul, który z lekkością wykonał kompozycje (Forever) Live And Die oraz Souvenir.
Światła ponownie zgasły, a w tle wybrzmiało intro Time Zones, po czym Andy i chłopaki wyszli na przód sceny, aby wykonać klimatyczne Almost i Statues na podkładkach perkusyjnych. Idealnie w doskonale znany repertuar wpasowała się najnowsza kompozycja zatytułowana Don’t Go. Zgromadzona widownia przyjęła muzyczną premierę z zaangażowaniem i wykazała się jej znajomością śpiewając, klaszcząc i tańcząc wspólnie z wokalistą. Dalej było już tylko głośniej. Sztandarowe kompozycje jak So In Love, Dreaming, Locomotion, czy nawet The Punishment Of Luxury sprzed kilku lat – znali i bawili się przy nich wszyscy.
Jak oni potrafią budować napięcie! Muzycy największe asy zostawili na zakończenie, grając genialne Sailing On The Seven Seas czy największy przebój Enola Gay. Za dostarczaną przez artystów energię, my odwzajemnialiśmy się im tym samym.
Wiedzieliśmy, że to nie może być koniec, a sam zespół nie dał się długo prosić, wykonując trzy kolejne kultowe kompozycje. Bisowanie rozpoczęło romantyczne If You Leave i sentymentalne Pandora’s Box z piękną melodią, kończąc na kopiącym brzmieniem Electricity.
Koncertowy 2020 rok dopiero nabiera tempa, a trasa OMD już zapisała się do historii. Tak wyjątkowy klimat, którzy tworzą, nie często spotyka się na koncertach. W trakcie blisko dwugodzinnego koncertu widz otrzymał wszystko, a nawet więcej, czego można oczekiwać od artysty. Podczas 40-letniej działalności artystycznej, muzycy stali się mistrzami swojego fachu, dzięki czemu na swoich koncertach są w stanie zapewnić jakość brzmienia prosto ze studia. Perfekcyjny wokal, gra instrumentów – profesjonalizm pod każdym możliwym względem, również technicznym takim jak nagłośnienie czy oświetlenie. Emocjonalnie również było na najwyższym poziomie. Interakcje między artystą, a widzem tworzyły niepowtarzalny nastrój. Pomimo kontuzji stopy i pobytu w szpitalu jeszcze tego samego dnia, Andy McCluskey poruszał się po scenie porywając za sobą publiczność, jakby gdyby nigdy nic. 60 lat?! Młodsi koledzy – uczcie się od tego Pana, jak to się robi. Obiecali, że wrócą, a ja dziękuję za to spotkanie i już wyczekuję kolejnego.


