„To natura pokazuje mi moje prawdziwe ja” – wywiad z Lanberry o singlu „Zew”

Lanberry, czyli Małgorzata Uściłowska, ma już na koncie dwie płyty i cztery nominacje do Fryderyków. Teraz pracuje nad trzecią, którą rozpoczyna nowy etap w swoim życiu.

Dotychczas trudny i męczący proces składania wszystkich elementów w jeden spójny album rekompensowała sobie odpoczynkiem na łonie natury. Teraz już zabiera piosenki ze sobą. Tak zresztą powstał singiel „Zew” – sam utwór w podróży, a teledysk w lesie.

Zadałam Lanberry kilka pytań na temat teledysku i poważnych zmian w jej życiu.

Marta Umiejewska: Teledyski do Twoich piosenek zawsze są na bardzo wysokim poziomie. Czy warstwa wizualna jest dla Ciebie równie ważna jak ta głosowa?

Lanberry: Tak, warstwa wizualna jest bardzo ważna, bo może uwypuklić treść piosenki. W „Zewie” chcieliśmy pokazać moją kobiecość, która jest bardzo dzika i drapieżna. To jest także próba powrotu do własnej siły i uchwycenia tego, czym dla mnie jest „zew”. Ostatnie trzy teledyski nagrywałam z Dawidem Ziębą i jego ekipą. Moim zdaniem to wizjonerski reżyser i uwielbiam z nim pracować. Zawsze staramy się wspólnie dopracować nawet najdrobniejsze szczegóły. Ten teledysk jest naszpikowany symboliką – pojawia się w nim chociażby Księżyc, czyli pradawny symbol kobiecej siły. Ten klip ma skłaniać również do tego, żebyśmy pozwalali sobie na okazywanie gniewu i złości. Gdy go kręciliśmy, korzystałam z tego przywileju.

MU: W teledysku grasz osobę bardzo pewną siebie. Czy właśnie tak się czujesz przed kamerą?

Lanberry: Tak, przed kamerą czuję się bardzo pewnie i jestem w swoim żywiole. To dla mnie rodzaj uczty: samo kręcenie klipu, ale i organizacja planu filmowego, przygotowanie stylizacji, wymyślanie koncepcji. Uwielbiam to i wtedy całkowicie się odpalam.

MU: Zachwycające są też Twoje stroje, dodatki, makijaż – ogólnie Twój wygląd. Możesz nam coś więcej opowiedzieć na ten temat?

Lanberry: Mam słabość do mody – lubię eksperymentować, łączyć elementy z różnych dekad. Ale to też się zmienia z czasem. Przy mojej poprzedniej płycie „MiXtura” postawiliśmy na neony. To pasowało do radosnego, jasnego charakteru tamtego albumu. Natomiast tym razem wchodzimy trochę w strefę mroku. Stylizacjami zajęła się Marta Tarnowska, za co bardzo jej dziękuję. To właśnie ona zamówiła tę przepiękną oryginalną hinduską biżuterię prosto z Londynu. Biżuteria stanowi nawiązanie do bogini Kali – niszczycielki i wojowniczki rodem z mitologii hinduskiej. Reszta ekipy zadbała o scenografię, w tym gong, który pojawia się w tle. Całość idealnie wpisuje się w nastrój utworu. Zachęcam do szukania w teledysku kolejnych symboli i archetypów, a także tworzenia własnych interpretacji, bo naprawdę każdy szczegół ma tu znaczenie.

MU: W teledysku pojawia się ogień. Czy ten element scenografii stanowił jakiekolwiek zagrożenie dla Ciebie lub Twojego stroju?

Lanberry: Gdybym była nie ostrożna, to na pewno tak, szczególnie przy moich niekontrolowanych momentami ruchach przed kamerą. Ale w rzeczywistości ognisko było dla nas zbawienne, bo było strasznie zimno z tego powodu, że kręciliśmy klip w lesie nad rzeką. Ale taka lokalizacja to był mój wymóg, ponieważ lubię być blisko natury. To miejsce jest dla mnie szczególne – często jeżdżę tam, żeby się zresetować i pomedytować.

MU: Jesteś psiarą czy kociarą?

Lanberry: Jestem i psiarą i kociarą, ale technicznie bardziej kociarą, bo mam kota syjamskiego Ireneusza. Natomiast moje serce bije również bardzo mocno w stronę piesków i chciałabym kiedyś adoptować dla Ireneusza psiego brata. Problem tylko w tym, że najchętniej wzięłabym wszystkie zwierzaki ze schroniska, więc będzie to dla mnie na pewno trudna decyzja. Ale myślę, że jak spotkam właściwego psa, to będę wiedzieć, że to właśnie ten.

MU: Jaki jest Twój spirit animal?

Lanberry: Ciekawe pytanie. Dla wszystkich tych, którzy nie wiedzą, co to znaczy – jest to takie zwierzę duszy, które nas prowadzi i chroni w czasie ziemskiej podróży. To zwierzę może się zmieniać zależnie od tego, na jakim etapie życia się znajdujemy. Obecnie moim spirit animal jest lis.

MU: Ostatnio usunęłaś całą zawartość swojego Instagrama. Czy takie decyzje są dla Ciebie trudne?

Lanberry: Jeszcze parę lat temu taka decyzja byłaby dla mnie bardzo trudna, ale teraz, jako że „Zew” stanowi preludium do „nowej mnie”, uznałam, że to będzie fajna gruba kreska, która oddzieli to, co było od tego, co się właśnie rodzi. Stąd ta decyzja żeby się trochę oczyścić. Nie wykluczam, że niektóre zdjęcia powrócą, ponieważ są integralną częścią mnie i mimo wszystko nie odcinam się od nich.

MU: Pozostały natomiast m. in. stories „Nature Lover”. Dlaczego natura jest dla Ciebie tak ważna?

Lanberry: To jest dosłownie i w przenośni temat rzeka. Czuję cudowną więź z naturą. Wydaje mi się, że to drzemie w każdym człowieku, ale odkrywamy to na różnym etapie życia. Ja odkryłam to kilka lat temu, a teraz jest to już bardzo silne uczucie. Na co dzień przebywam w miejskiej dżungli i ją lubię, ale czasami potrzebuję stąd uciec i przenieść się gdzieś, gdzie będzie mniej bodźców. Natura ma bardzo wysokie wibracje, więc jest doskonałym miejscem, żeby się totalnie odciąć. Jeżdżę pod Warszawę do lasu, nad wodę. To jest moja oaza spokoju i potrafię tam zniknąć na kilka godzin. Wtedy wracam do siebie; to natura pokazuje mi moje prawdziwe ja i bardzo silnie ze mną rezonuje. Ostatnio mam też taką strategię, że staram się tworzyć jak najwięcej piosenek blisko natury. Z tego powodu chciałabym, żeby nowy album powstawał na mojej działce albo blisko lasu. To na pewno będzie słychać w utworach.

MU: Jesteś znana z pomagania młodym artystkom takim jak Roxie Węgiel czy Viki Gabor. Czy takie wspieranie się wzajemne kobiet to dla Ciebie kwintesencja girl power?

Lanberry: Po części na pewno tak. Praca z dziewczynami, z kobietami, wymiana energii i doświadczeń jest mega inspirująca. „Zew” oprócz tego, że powstał na bazie moich gorzkich doświadczeń dotyka też związków innych kobiet, które zatracały swoje granice, dawały się złapać, złowić i w tym wszystkim gubiły siebie. „Zew” nawołuje do tego, żeby powrócić do swoich instynktów, do swojej kobiecości – albo, tak jak w moim przypadku, odkryć ją totalnie na nowo. To także redefiniowanie siebie. W moim przekazie absolutnie nie chodzi o to, aby demonizować mężczyzn. Uwielbiam mężczyzn i zawsze to podkreślam. Chodzi tylko o sposób budowania relacji: nie wchodźmy w relację z pozycji braku. Nie próbujmy się dopasować dla tej drugiej osoby z obawy, że się na nas pogniewa. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że tak działamy. Wchodźmy w relacje świadomie i przepracujmy to co trzeba zanim natrafimy np. na typ drapieżcy w związku. Zachęcam do znalezienia równowagi, tak żeby każdy czuł się swobodnie i wyrażał otwarcie swoje pragnienia, potrzeby i preferencje. Żeby ta relacja była transparentna. To niby proste, ale momentami trudne do ogarnięcia.

MU: Często podkreślasz, że języki to Twoja pasja. Jak ją realizujesz na co dzień?

Lanberry: Śpiewam głównie po polsku, bo chcę dotrzeć do polskich odbiorców. To też dla mnie fajne ćwiczenie wiodące ku samorozwojowi. Przy okazji dodam, że „Zew” jest zapowiedzią czegoś totalnie nowego, jeśli chodzi o treść tekstów, ponieważ do tej pory w mojej twórczości dominowały teksty o relacjach pisane z pozycji braku, np. „bez Ciebie nie ma mnie”. Przebija przez nie tęsknota, porównania i inne schematy, z którymi obecnie nie do końca się identyfikuję, choć to wciąż we mnie jest. Teraz chciałabym rozpocząć rozdział o pokazywaniu własnej mocy i energii. Chciałabym dotknąć tematów społecznych i światopoglądowych, które mnie palą od wewnątrz, i pokazać mechanizmy, które kierują ludźmi. 

Wracając do języków, to faktycznie je kocham. Zazwyczaj pisanie piosenek zaczynam od wersji angielskiej, żeby potem dopiero oddać je po polsku. Tak samo było w przypadku piosenki „Zew” – pierwotny tytuł brzmiał „Animal”, a pierwsza fraza refrenu brzmiała „You woke up the animal”. Robiłam tę piosenkę w czasie mojej pięciodniowej muzycznej wycieczki do Londynu, a potem, gdy wróciłam, próbowałam to przełożyć na język polski. To było fascynujące doświadczenie.

Jeśli chodzi o inne języki, to zachęcam wszystkich, żeby obczaili moją piosenkę Mirame z płyty „Mixtura”, bo tam śpiewam po hiszpańsku. Bardzo lubię ten język i udało mi się z nim popracować. Niedługo zresztą znowu to zrobię. Tak więc moje lingwistyczne zacięcie nie umarło, ma się dobrze.

Czytaj również