Zgaś światło. Po prostu usiądź i wsłuchaj się w album od początku do końca.
Taką instrukcją podzielił się z fanami Jonathan Davis – lider zespołu KoRn, jednej z najbardziej rozpoznawalnych grup nu-metalowej sceny. Amerykanie podczas trwającej blisko 30 lat kariery dorobili się unikalnego brzmienia oraz wielu oddanych fanów, czekających na więcej. Po cieszącym się świetnym odbiorem albumie The Serenity Of Suffering (2016), przyszedł czas na zaprezentowanie trzynastego (ale bynajmniej nie pechowego!) albumu w ich karierze – The Nothing.
Aby zrozumieć ten album, ponownie należy sięgnąć po słowa jego lidera, dla którego proces twórczy towarzyszący powstawaniu albumu okazał się wyjątkowo wyczerpujący emocjonalnie. Powstałe dzieło stanowi pewne odzwierciedlenie tragedii, która spotkała go w życiu prywatnym – w 2018 roku, po długiej walce z chorobą psychiczną i uzależnieniem od narkotyków, zmarła jego żona. Kilka miesięcy wcześniej, artysta stracił matkę. To kolejne traumatyczne przeżycia, które muzyk musiał przyjąć na swoje barki. I jak każdy twórca muzyki – swoje cierpienie przelał na dźwięki. Charakteryzując The Nothing, sam artysta wypowiada się o nim w następujący sposób:
Głęboko, wewnątrz Ziemi istnieje nadzwyczajna siła. Tylko nieliczni są świadomi wielkości, ważności i znaczenia tego miejsca, gdzie dobro, zło, ciemność oraz światło, błogość i cierpienie, strata i zysk oraz nadzieja czy rozpacz istnieją jako jedność, wyrywając nam każdy moment naszego życia. Jest to miejsce, gdzie jasne i ciemne moce przytwierdzają się do naszej duszy i wpływają na nasze emocje, wybory, postrzeganie i w końcu na całe nasze istnienie. Jest to małe królestwo i jedyne miejsce, gdzie istnieje balans pomiędzy tymi dynamicznymi siłami – gdzie dusza znajduje swoje schronienie. Witajcie w THE NOTHING.
Nie ukrywam, że przez pewien czas odbierałam muzykę Korn jako przesadzoną i wręcz tandetną. Mimo dużego sentymentu do niektórych albumów (zwłaszcza tych starszych), do tych nowszych podchodziłam z rezerwą – nie mogłam znaleźć ,,tego czegoś” w nowych, pełnych mniej lub bardziej udanych eksperymentów i skupionych na komercji brzmieniach. Ze zdumienien i radością przyjęłam fakt, że zespół zszedł z tej ścieżki, zbliżając się muzycznie do swoich korzeni. Co prawda piosenki wciąż utrzymane są w niezmiennym od kilkudziesięciu lat schemacie, jednak The Nothing na tle poprzednich wydawnictw wypada naprawdę pozytywnie. Album jest przepełniony szczerymi emocjami, niepohamowanym gniewem oraz smutkiem. Ale czego innego – niż właśnie tych emocji – oczekiwać od takiego zespołu jak KoRn?
Muzyczną podróż zaczynamy wraz z intro zaczynającym się od dźwięku dud natychmiastowo kojarzących się z Shoots And Ladders – nominowanej do nagrody Grammy nuty z debiutanckiego krążka grupy. Połączenie melodii z przepełnionym bólem, nieudawanym płaczem od razu uświadamia słuchaczowi czego powinien się spodziewać. Później jest już zdecydowanie bardziej dynamicznie. Zaprezentowane kawałki, począwszy od Cold to rytmiczne, chwytliwe nuty, pokazujące jak wiele nieodkrytego potencjału kryje w sobie piątka z Bakersfield. Wybrane na singiel promujący You’ll Never Find Me, skomponowane w oparciu o świetny, potężny riff Idiosyncrasy czy intrygujące wokalnie Gravity Of Discomfort to tylko przykłady przyjemnych w odsłuchu kompozycji, jakimi raczy nas album. Muzycy bardzo dobrze poradzili sobie z połączeniem chwytliwości i ciężaru, z sukcesem znajdując między nimi złoty środek. Album, mimo że spójny, jest pełen różnorodności. Niewątpliwy wpływ na te pozytywne zmiany w brzmieniu zespołu miał powrót gitarzysty Briana ,,Head” Welcha. Każdy z muzyków odwalił kawał dobrej roboty.
Słuchając The Nothing możemy odkryć wszystkie twarze bólu i żałoby. Łamiące serce wersy są obecne w każdym z utworów. Szczególne wrażenie wywarło na mnie The Loss, gdzie wokalista śpiewa, że nigdy nie był szczęśliwy, a wszystko co kocha stale jest mu odbierane. Podczas tworzenia muzyki przeżywa swoje catharsis i mimo świadomości, że nigdy nie zazna prawdziwego szczęścia, decyduje się ruszyć dalej. Całość zamyka Surrender to Failure, w którym artysta radzi sobie z tym, że nie potrafił pomóc swojej żonie. Album kończy się powtarzanym kilkukrotnie, przez łzy, I failed. Po przesłuchaniu krążka nie sposób nie pozwolić sobie na chwilę milczenia.
Po przesłuchaniu albumu doskonale rozumiem radę Jonathana. Aby w pełni pojąć jego znaczenie, trzeba się na niego w pełni otworzyć i zrozumieć historię w nim zawartą. To trzynaście naprawdę przyjemnych kompozycji, które przypadną do gustu osobom lubującym się w nutach z początku twórczości zespołu i nawet jeśli kilka ostatnich wydawnictw grupy nie spełniały naszych oczekiwań to The Nothing jest albumem, któremu warto dać szansę.
- Data premiery: 13 09 2019
- Single: You'll Never Find Me, Can You Hear Me?
