Koniec piekielnego lata, czyli The Faim w warszawskiej Hydrozagadce. Relacja Izabeli Zadury

The Faim, zdobywający coraz większą popularność zespół pop-punkowy z dalekiej Australii odwiedził Polskę podczas trasy poprzedzającej wydanie debiutanckiego albumu, State of Mind.

The Faim, czyli Josh, Stephen, Samuel i Linden, swój debiutancki album nagrali z pomocą znanego producenta Josha Feldmanna. Z lokalnego zespołu z australijskiego Perth stali się nową nadzieją pop-punku i pop-rocka, szybko zdobywając serca fanów takimi singlami jak Summer is a Curse, Saints of the Sinners czy My Heart Needs to Breathe. Fenomen The Faim to jednak nie tylko wypielęgnowany dźwięk, z którym mamy do czynienia na ich nagraniach, ale także niepowtarzalna energia, która charakteryzuje muzyków podczas występów na żywo. Doświadczyłam tego na własnej skórze w warszawskim klubie Hydrozagadka, w prawdopodobnie ostatni gorący weekend tego roku.

Jeszcze zanim otworzyły się drzwi klubu, przed wejściem zgromadziła się spora grupka oddanych fanów zespołu The Faim. To oni wypełniali przestrzeń pod sceną podczas koncertu supportu, którym był młody wokalista Stach Bukowski z zespołem. Główna atrakcja wieczoru pojawiła się na scenie punktualnie o 20:30, rozpoczynając koncert od jednego ze swoich najbardziej energetycznych utworów: Midland Line. Po przejściowych kłopotach z dźwiękiem, wokalistę Josha Ravena było słychać już całkiem nieźle (tak dobrze, jak to możliwe w Hydrozagadce). Dzięki kolejnemu utworowi, My Heart Needs To Breathe, wszyscy obecni w klubie dowiedzieli się, z kim mają do czynienia. Wybuch wulkanu czystej muzycznej energii możecie obejrzeć poniżej:

Wokalista The Faim zdecydowanie się nie oszczędzał, w stu procentach wykorzystując dostępną przestrzeń niewielkiej sceny, a swoją chaotyczną energią ogarnął cały klub. Takie utwory jak Tongue Tied (jeszcze niewydane!), Saints of the Sinners czy I Can Feel You wymagały od publiczności dużo zaangażowania. Pod sceną momentalnie zrobiło się bardzo gorąco. Dobrze sprawdziły się więc spokojniejsze przerywniki, takie jak hymnowe Humans czy balladowe Beautiful Drama.

Prawdziwa bomba została zrzucona jednak pod koniec seta, kiedy to The Faim zagrali swoje dwa najlepsze (subiektywnie!) utwory. Na pierwszy ogień poszło Amelie, jeden z singli promujących nadchodzący album State of Mind. Perkusista, Linden, mógł się tutaj popisać umiejętnościami z najwyższej półki, a breakdown pod koniec utworu był tak szalony, że nie zdziwiłabym się, gdybym zobaczyła pod sceną mosh pit. Koncert zamknęło Summer is a Curse, przewrotny utwór o podejmowaniu ryzyka i skakaniu na głęboką wodę, jednocześnie stanowiący świetną metaforę dla końca lata, a dla The Faim – wkroczenia w erę nowego albumu. Lepszego utworu na zakończenie występu nie można było sobie wymarzyć.

Łatwo można było dostrzec, że The Faim mają dość wyluzowane podejście do swojego występu. Josh nawiązał z publicznością świetny kontakt, pozwalał sobie na żarty i wokalne improwizacje, zachęcał do wspólnego śpiewania refrenów. Muzycy nie próbowali niczego udowadniać ani sobie, ani publiczności, nie serwowali wytartych frazesów o tym, że to ich najlepszy koncert na trasie. Mimo to radość na ich twarzach, a przede wszystkim prawie namacalna ekscytacja wśród zebranych w Hydrozagadce fanów nie pozostawiły wątpliwości: był to bardzo udany koncert, piękne pożegnanie lata i znakomite otwarcie jesiennego sezonu koncertów klubowych.

Czytaj również