MENU

    Wciąż żywy Phil Collins zaśpiewał na Stadionie Narodowym. Relacja Weroniki Oszajcy

    Znalezione obrazy dla zapytania phil collins

    Na scenę wkroczył, podpierając się laską. Dla Phila Collinsa jest to swoiste wejście smoka, bowiem muzyk na co dzień porusza się na wózku inwalidzkim. Schorowany muzyk nie daje jednak za wygraną i nie pozwala pokonać się dręczącym go chorobom – mimo napotykanych trudności, wciąż dba o swoich fanów i koncertuje w ramach przekornie nazwanej trasy Still Not Dead Yet Tour. Nie jest przypadkowa nazwa, bowiem nawiązuje do tytułu wydanej w 2016 roku autobiografii, wraz z którą Phil Collins powrócił z muzycznej emerytury. W środę 26 czerwca artysta wystąpił po raz pierwszy na Stadionie Narodowym w Warszawie, a żar lejący się z nieba nie zniechęcił fanów, którzy tłumnie przybyli by zobaczyć swojego idola.

    Słuchacze przywitali Brytyjczyka długimi owacjami na stojąco. Gdy muzyk zasiadł na swoim koncertowym krześle, oni również zajęli miejsca, jednak nie spoczywali na nich długo – zaraz gdy Collins zaczął śpiewać, zdecydowana większość część zgromadzonych poderwała się z krzeseł. Dawny lider legendarnej grupy rockowej Genesis przywitał polskich fanów, klnąc w naszym języku, tłumacząc dlaczego koncertuje na siedząco i opowiadając, jak to poszedł na operację kręgosłupa i spier…lili mu stopę. Gdy śmiech ucichł, artysta zabrał zgromadzonych w piękną, muzyczną podróż.

    Koncert był przepełniony znanymi każdemu, sentymentalnymi balladami. Na pierwszy rzut poszły Against All Odds (Look At Me Now) oraz Another Day In Paradise. Muzyk wspaniale wykonał też swoje najwspanialsze przeboje – Dance Into The Light, Don’t Lose My Number czy mój ukochany kawałek In The Air Tonight. Gdy zabrzmiały pierwsze nuty przeboju wraz z którym Collins rozpoczął swoją solową karierę, nawet siedzący do tej pory widzowie poderwali się z miejsc, wyciągając ręce ku górze i śpiewając razem z muzykiem. Jestem przekonana, że niejedna osoba płakała ze wzruszenia podczas tego wieczoru. Ponadczasowa muzyka, licząca sobie kilkadziesiąt lat łączyła pokolenia ludzi, którzy mimo różnicy wieku tak samo znajdowali w niej piękno.

    300 lat temu byłem w takim zespole Genesis… Tak Collins zapowiedział pojawienie się kilku przebojów legendarnej formacji, grającej progresywnego rocka. Mieliśmy przyjemność usłyszeć takie nuty jak Throwing It All Away, Follow You Follow Me czy Invisible Touch. Była to swoista wędrówka w czasie; gdy muzyk wykonywał utwory, na telebimie wyświetlono projekcję złożoną z nostalgicznych nagrań, ukazujących lata młodości muzyka oraz archiwalne materiały z wspólnej działalności zespołu. Hołd oddany zespołowi ucieszył nie tylko fanów grupy, przypomniał odbiorcom o zbyt szybkim upływie czasu i skłonił do refleksji. Relacjonując koncert nie sposób zapomnieć o towarzyszącym Collinsowi, wspaniałym zespole, złożonym z utalentowanych muzyków światowej sławy. Wśród nich znalazł się gitarzysta towarzyszący mu od czasów Genesis Daryl Stuermer, grający z nim od 50 lat Ronnie Caryl oraz basista z charakterystyczną, długą brodą Leland Sklar, który brał udział w nagraniu 2000 albumów. Nie zabrakło również orkiestry dętej czy chórku, złożonego zarówno z damskich, jak i męskich wokali. Na szczególną uwagę – zarówno gwiazdy wieczoru, jak i widowni – zasłużył jednak najmłodszy z muzyków. To nie kto inny, jak sam Nicholas Collins, osiemnastoletni syn artysty, który idąc w ślady ojca stawia pierwsze kroki jako perkusista. Chłopak wraz z ojcem oraz innym perkusistą, Luisem Conte, zaprezentował słuchaczom imponującą, trwającą 10 minut solówkę Drum Trio. Akompaniował też ojcu na pianinie podczas melancholijnej ballady You Know What I Mean. Pochodzący z wydanej w 1981 roku płyty Face Value kawałek został zapomniany na długie lata, aż zapoznając się z dyskografią ojca, trafił na niego Nicholas. Phil Collins podzielił się z widownią historią, według której miał to być jedyny kawałek, który z całego jego repertuaru przypadł młodzieńcowi do gustu.

    Oprócz ballad, pojawiły się również utwory zarażające pozytywną energią. To choćby Easy Love, cover The Supremes, You Can’t Hurry The Love, czy zagrane na koniec Sussudio. Mimo że ponowne wejście Phila Collinsa na scenę z pewnością nie było dla niego łatwe, legendarny muzyk nie rozczarował swoich fanów i pojawił się wyczekiwany przez wszystkich bis. Nie mogła być to inna pozycja niż doskonałe Take Me Home.

    Jedno jest pewne – Phil Collins z pewnością nie jest jeszcze martwy. Fantastyczny, pełen życia występ na Stadionie Narodowym pozostanie w mojej pamięci na długie lata. Był to magiczny wieczór, podczas którego muzyk stworzył wspaniałą więź z widownią i udowodnił, że określanie go mianem legendy nie jest przesadzone. Był to dopracowany w każdym calu koncert, do realizacji którego zaangażowano wspaniale utalentowanych ludzi z całego globu. To oni nie pozwalali słuchaczowi odczuć pustki, gdy głos zmęczonego wokalisty słabł. Bynajmniej nie oznacza to jednak, że wokal Collinsa utracił dawny blask – wciąż jest tak samo zachwyca swą siłą i barwą. Warszawski koncert zamknął europejską część trasy, we wrześniu muzyk ruszy na podbój amerykańskich serc, dając 16 koncertów w Stanach Zjednoczonych. Mam nadzieję, że tą trasą artysta nie żegna się z nami na stałe i znajdzie w sobie siłę, by jeszcze kiedyś do nas powrócić. Z przyjemnością spotkam go ponownie.

    Ostatnio opublikowane