
Rzadko piszemy tutaj o filmach. Szansą do zmiany miał być film Vox Lux, który zapowiadany był jako dramat muzyczny. Dramat był, ale… dosłownie.
Patrząc na trailer filmu można było odnieść wrażenie, że będzie to naprawdę interesujący film. Idąc na seans do kina byłem naprawdę podekscytowany, nie przesłuchałem nawet soundtracku, aby nie robić sobie spoilerów. To, co jednak zobaczyłem bardzo mnie rozczarowało. Ale od początku.
Vox Lux to historia Celeste. Dziewczynki, która przeżywa traumę podczas strzelaniny w szkole. Mający problemy psychiczne kolega z klasy wkroczył do klasy zabijając nauczycielkę i wszystkich, ktorzy się tam wtedy znajdowali. Dostając strzał w kręg szyjny, cudem udaje się ją uratować, jednak wkrótce dochodzi do siebie. Dziewczynka wraz z siostrą Eleanor postanowiły napisać piosenkę, która opowiada o tej tragedii i którą wykonują w kościele podczas wieczornego czuwania. Piosenka staje się viralem i otwiera jej wrota do wielkiej kariery. Do tego momentu fabuła barwnie się rozwija i do tego momentu byłem jeszcze zaciekawiony dalszym rozwojem akcji.
Fabuła jednak przesuwa się o siedemnaście lat, gdy kobieta ma już zbudowaną pozycję w muzycznym show biznesie. Znajduje się w momencie, gdy rusza trasa koncertowa promująca jej nowy album Vox Lux. Widać, że jest zmęczona życiem i pędem kariery, jest po prostu wypalona. Wciąż czuje piętno tragedii nosząc na szyi srebrną opaskę. Bogate doświadczenia życia (maratony narkotykowe, alkoholizm, wypadek drogowy, w którym ciężko ranny zostaje przechodzień) łączą się ze słabą relacją z córką (gra ją Raffet Cassidy, która w pierwszej części jest… Celeste). Do tego dochodzi burzliwa relacja z siostrą, którą ma za nic, a która tak naprawdę opiekuje się jej córką i… pisze jej wszystkie utwory. Nowa trasa ma być dla niej początkiem czegoś nowego, ale z każdą minutą Celeste panikuje coraz bardziej. W międzyczasie dochodzi do strzelaniny, a zamachowcy mają na twarzach maski z jej pierwszego teledysku. Gdy wychodzi jednak na scenę, daje show swojego życia.
Poprzez podzielenie fabuły na dwie części, widzimy jak Celeste przechodzi przemianę fizyczną i psychiczną. Dziewczynka dorasta szybciej niż powinna i gdy widzimy ją jako dorosłą, jest mało sympatyczna i trudno ją polubić. Zachowuje się jak socjopatka, jest wygodnicka i wierzy, że wszystko jej się należy. Ten film tak naprawdę uratowała Natalie Portman, tworząc niezłą kreację aktorską. Scenariusz jest jednak na tyle błahy (szczególnie druga część filmu), że po prostu był nudny i przewidywalny. Lubię filmy dziwne, niestandardowe, dzikie w swojej strukturze. Tu tego nie było. Bardzo się wynudziłem i w połowie drugiej części byłem zmęczony i po prostu zawiedziony.
Film po części uratowała także muzyka. Instrumentale Scotta Walkera były mistrzowskie i idealnie pasowały do tego co się aktualnie działo. Gdy jednak wejdziemy w występ Celeste, który ma pokazywać ją jako gwiazdę popu, jest już gorzej. Utwory napisane przez Się (tak, tę Się) są po prostu tandetne i nijak się mają do tego co się dzieje w popkulturze. Bo gdy dla przykładu za gwiazdę popu weźmiemy Lady Gagę, to widzimy jak ta popkultura jest stworzona. Celeste jest raczej Verką Serduchką i na pewno nie jest to plusem.
4.5/10


