„Pociąga nas szara, mroczniejsza strona życia”. Wywiad z zespołem White Lies

Uwielbiany przez polską publiczność brytyjski zespół rockowy White Lies wrócił do naszego kraju, aby wystąpić w Warszawie i Poznaniu. O nowym albumie Five, podobieństwach między Polakami a Brytyjczykami, a także o trudnej sztuce pakowania się w trasę porozmawialiśmy z wokalistą Harrym McVeigh oraz basistą i autorem tekstów Charlesem Cave.

Relację z warszawskiego koncertu White Lies możecie przeczytać tutaj.

Izabela Zadura: Przed chwilą udzieliliście bardzo długiego wywiadu, teraz czeka Was kolejny. Lubicie tę całą prasową otoczkę, czy to raczej męczący obowiązek?

Harry McVeigh: To zależy. Nie chcę, żebyś czuła teraz presję [śmiech], ale wydaje mi się, że jeśli wywiady mają formę rozmowy, a przeprowadzająca je osoba ma coś ciekawego do powiedzenia, wówczas można się nimi cieszyć.

IZ: Witajcie w Polsce! Świetnie Was tu znowu widzieć. Często wracacie do naszego kraju – jak Wam się wydaje, dlaczego Polacy tak dobrze odbierają Waszą muzykę?

Charles Cave: Harry, Jack [Lawrence-Brown, perkusista] i ja dorastaliśmy w Londynie w okolicy, w której mieszkała duża polska społeczność. Polacy i Anglicy dość dobrze się ze sobą dogadują – wydaje mi się, że mamy podobne poczucie humoru i w pewien sposób pociąga nas szara, mroczniejsza strona życia. Rozmawialiśmy o tym z Harrym – całą młodość spędziliśmy siedząc w parkach, pijąc piwo z puszek i wiem, że wielu Polaków również lubi to robić. To nasz wspólny mianownik. To świetny sposób na spędzanie czasu [śmiech]. We Francji nie odbierają nas tak dobrze! Wydaje mi się, że Francuzi nie lubią pić piwa w parkach, są na to zbyt dystyngowani. Sądzę więc, że między nami a Polakami istnieje pewien rodzaj szorstkiego ludzkiego pokrewieństwa.

Harry: Ja mam jeszcze jedną teorię – wydaje mi się, że jesteśmy dobrze odbierani w krajach katolickich. Polska jest raczej katolicka. Nasze utwory mówią o uczuciach odrzucenia, winy czy wstydu, a jest zakorzenione w nauczaniu kościoła katolickiego, aby czuć się w ten sposób. Być może nasze piosenki dobrze to wyrażają i wpasowują się w ten świat. Świetnie sobie radzimy także w takich miejscach jak Meksyk czy Irlandia, co wskazuje, że powiązanie między kościołem a naszą muzyką może istnieć. Sami nie jesteśmy jednak religijni.

Charles: Sztuka pochodząca z Polski jest również bardzo mroczna. Górecki, Kieślowski… w polskiej muzyce i sztuce ciężko trafić na cokolwiek wesołego. Pewnie dlatego dobrze się dogadujemy.

IZ: Po raz pierwszy widziałam Was na żywo w 2011 roku podczas letniego festiwalu w Krakowie. Czy wtedy spodziewaliście się już, że po ośmiu latach nadal będziecie wspólnie grać jako White Lies?

Charles: Mieliśmy taką nadzieję.

Harry: W 2011 byliśmy już po trzech, czterech trasach. To, co robiliśmy powoli zaczynało przypominać pracę, dostawaliśmy kolejne propozycje koncertów.

Charles: Pojawiło się poczucie bezpieczeństwa.

Harry: Dokładnie. Ale szczerze, nie przyjmujemy tego za pewnik. Cały sukces może bardzo łatwo zniknąć, bo jeśli nie będziemy ciągle robić dobrej muzyki i grać dobrych koncertów, stracimy fanów. Jesteśmy tego świadomi. Ciężko pracujemy, ponieważ to dobra praca, którą lubimy.

IZ: Gdyby nie muzyka, czym byście się zajmowali?

Harry: Ja chyba niczym [śmiech]. Wydaje mi się, że muzyka dosłownie ocaliła moje życie. Z natury jestem bardzo leniwą osobą – żebym wykonał chociaż odrobinę pracy, muszę być czymś naprawdę zainteresowany, a muzyka to jedyna rzecz, która kiedykolwiek mnie interesowała. Moje życie musiało się więc tak potoczyć, i chyba zawsze to czułem. Poważnie, w wieku piętnastu czy szesnastu lat już myślałem, że to coś, co naprawdę chciałbym robić. Wiedziałem, że muszę spróbować!

IZ: Wasza piąta płyta, Five, właśnie ujrzała światło dziennie. Obchodzicie również dziesięciolecie zespołu.

Charles: Ludzie mają w zwyczaju przywiązywać wagę do liczb, które są –

Harry: Wielokrotnościami pięciu?

Charles: Wielokrotnościami pięciu, dziesięciu i tak dalej. To chyba amerykańska tradycja, że tym rocznicom nadaje się największe znaczenie. To dla nas swego rodzaju kamień milowy i prawdopodobnie bardzo dobra okazja, aby uczcić dziesiątą rocznicę wydania To Lose My Life… i zamknąć w ten sposób pewien rozdział. Five zawiera wiele klasycznych dla White Lies elementów, i chociaż są na nim rzeczy nowe, to jednak cały czas my. Oczywiście zastanawiamy się, czy już czas zacząć zupełnie inny, pięcio-albumowy lub dziesięcioletni rozdział w historii zespołu. Taka rocznica skłania do refleksji nad tym, co zrobiliśmy do tej pory i nad tym, co zrobimy, jeśli za kolejne dziesięć lat nadal będziemy tworzyć muzykę.

IZ: Co przede wszystkim inspirowało Was przy pracy nad Five?

Harry: Nie było żadnej konkretnej inspiracji.

Charles: Naszą inspiracją jest zwykle konieczność napisania kolejnego albumu [śmiech]. „Szybko, pospieszcie się!”

Harry: Zawsze dyskutujemy o tym, jak wyobrażamy sobie nowy album, zanim zaczniemy nad nim pracować, i te dyskusje nigdy do niczego nie prowadzą. Kiedy już zaczynamy pisać, próbujemy po prostu stworzyć coś dobrego: dobre melodie, sekcje rytmiczne, cokolwiek, co nas inspiruje, i wszystkie plany przestają mieć znaczenie. Im dłużej piszemy, tym więcej struktury się pojawia. Poszczególne piosenki zyskują bazę, na której budujemy resztę: jest jakaś wizja, którą można wypełnić. Nie dyskutujemy więc za dużo – naszym celem jest po prostu napisanie dobrej płyty.

Charles: I jest to dobry cel! Nie jest to proste do zrobienia, i z czasem też nie staje się prostsze, wręcz przeciwnie. Harry i ja mamy wrażenie, że udoskonaliliśmy swoje rzemiosło jeśli chodzi o pisanie piosenek. Nie twierdzę, że jesteśmy lepsi, ale chyba lepiej rozumiemy, co w niektórych sytuacjach należy zrobić, i kiedy coś nie działa i trzeba to porzucić. Kiedy każdego dnia siadasz do pisania muzyki, jesteś zdany na łaskę i niełaskę losu i musisz robić to, co już umiesz – uderzyć w klawisze, napisać kilka partii dla perkusji i basu i tak dalej. Cała reszta to łut szczęścia. Czasami to frustrujące – kiedy coś idzie źle i wiesz, że to w całości twoja wina, mówisz sobie, że po prostu jesteś beznadziejny. Pisanie muzyki tak nie działa, i to trochę niesprawiedliwe. Wiemy, jak to robić, przechodziliśmy przez to już jakieś pięćdziesiąt razy, dlaczego akurat tym razem nie wychodzi? Niestety trzeba po prostu poczekać i przez dwa tygodnie robić słabą muzykę, żeby w końcu coś się udało.

IZ: A czy presja związana z sukcesem i koniecznością wydania nowego albumu pomaga Wam w pracy czy raczej ją utrudnia?

Charles: Wydaje mi się, że presja zawsze pomaga, nawet jeśli uważasz inaczej. Jeśli w twoim życiu prywatnym dzieje się coś stresującego, albo po prostu nudnego, na przykład musisz zorganizować jakieś naprawy w domu – to wszystko pomaga w tworzeniu. Nawet gdy wydaje ci się, że przeszkadza ci to w robieniu tego, czym naprawdę chcesz się zająć, czyli w pisaniu muzyki. Gdy dostajesz tydzień na samo tworzenie bez żadnych stresów i obowiązków, niekoniecznie udaje się napisać cokolwiek dobrego. Wydaje mi się, że dobre rzeczy powstają, kiedy jesteś trochę rozdarty w różnych kierunkach.

Harry: Zgadzam się.

IZ: Five składa się tylko z dziewięciu utworów – to Wasza najkrótsza płyta do tej pory. Czy są jakieś piosenki, które musieliście odrzucić, i które nie ujrzały światła dziennego?

Charles: Było kilka takich utworów.

Harry: Kilku piosenek nie skończyliśmy nagrywać. Zaczęliśmy, ale w połowie zdaliśmy sobie sprawę, że coś nie gra. Kiedy nagrywasz album, nie masz zbyt wiele czasu; wydaje się, że bardzo szybko ucieka. Jeśli jesteś w stanie wyciąć to, co nie działa i nie spełnia pewnych standardów, wówczas oszczędzasz czas i energię do pracy nad innymi piosenkami, które dzięki temu mogą stać się lepsze. Poza tym Time To Give jest bardzo długie, prawie jak dwie normalne piosenki, dzięki czemu album trwa mniej więcej tyle samo, co nasze poprzednie wydawnictwa – około 45-50 minut. Z dodatkową piosenką mógłby być nieco za długi. Ale nigdy nic nie wiadomo – czasami te utwory, które odrzuciliśmy, wypływają na powierzchnię dwa lub trzy lata później. Jeśli znajdujemy w nich coś dobrego, słuchamy ich świeżymi uszami i próbujemy dopracować.

IZ:Jak decydujecie o tym, które utwory trafią na setlistę?

Charles: Głównie wybieramy utwory, które fani chcą usłyszeć. Jakieś 90 czy 80 procent setlisty to single, które odniosły sukces, lub piosenki, które znalazłyby się na naszym wyimaginowanym zestawieniu Greatest Hits. Gramy oczywiście nowe piosenki, ponieważ promujemy nowy album, a także dwa czy trzy utwory, które lubimy zarówno my, jak i fani. Niektóre piosenki lepiej brzmią na żywo, niż na nagraniach, na przykład Swing z albumu Friends. Bardzo lubimy kompozycję tego utworu i gramy go, żeby przypomnieć ludziom o jego istnieniu, chociaż może nie jest tak oczywisty, popowy i radiowy jak wiele innych piosenek na setliście. Myślę, że granie wyłącznie największych przebojów to trochę jednowymiarowe podejście. Single zdobywają popularność dzięki wzniosłym refrenom w pierwszej minucie piosenki, tak jak Death czy Is Love. Gdybyśmy grali tylko takie utwory, byłoby dość nudno, staramy się więc dorzucić do setlisty coś innego, coś interesującego.

Harry: Próbujemy znaleźć równowagę między piosenkami, które chcemy zagrać, i piosenkami, które fani chcą usłyszeć. Czasami to te same utwory, czasami nie.

Charles: W całej naszej dyskografii są chyba tylko dwie piosenki, które fani chcieliby usłyszeć, a których bardzo nie chcemy grać: Holy Ghost i Strangers, single z albumu Ritual. Po prostu nie przepadamy za tymi piosenkami!

IZ: Które utwory z nowego albumu najbardziej lubicie grać na żywo?

Harry: Kick Me – jest skomplikowane i trudne, wymaga czujności podczas występu na żywo. Lubimy też Fire And Wings – ta piosenka spotyka się z dobrym przyjęciem.

Charles: Lubię Grać Fire And Wings. Tak jak Kick Me, jest to trudny utwór z dość „pustymi” wersami, które wymagają precyzji. Powolna progresja akordów ujawnia nawet najdrobniejsze błędy. Lubię takie wyzwania, ponieważ jeśli wszystko się uda, efekt jest znakomity.

IZ: Lubicie życie w trasie, czy raczej tęsknicie za domem?

Harry: Jedno i drugie. Życie w trasie jest dziwne i ma wiele minusów. Za wieloma rzeczami się tęskni. W trasie zawsze ma się rutynę, co dużo ułatwia – codziennie wiesz, co będziesz robić. Niestety, mnie męczy brak snu i ciągły pęd. Na szczęście granie koncertów sprawia, że to wszystko ma sens. Dopóki mogę grać ten jeden koncert dziennie, wszystko jest do zniesienia.

Charles: Ja lubię życie z małą ilością dóbr materialnych – to dla mnie bardzo wyzwalające. Jestem coraz lepszy w pakowaniu, ale na tę trasę i tak zabrałem za dużo! Mam jedną walizkę i jedną podręczną torbę na jakieś sześć tygodni.

Harry: Myślę, że jakiejś jednej czwartej rzeczy w mojej walizce w ogóle nie użyję i nie wiem, czemu je zabrałem. Wystarczyłaby jedna mała walizka.

Charles: Wystarczyłyby trzy zestawy: trzy pary spodni, trzy koszulki, trzy swetry, jeden płaszcz…

Harry: Para butów…

Charles: Trzy razy skarpetki, trzy razy bielizna. Trzeba by robić pranie, ale okej! No i kilka książek. Na tej trasie nie przeczytałem jeszcze wystarczająco… Żaden z nas nie ma mnóstwa rzeczy w domu, ale fajnie jest sobie przypomnieć, że da się żyć i być szczęśliwym bez dużej ilości dóbr materialnych.

IZ: Czy będąc w trasie zwiedzacie miasta, w których koncertujecie?

Charles: Tak, codziennie!

Harry: Ja chyba mniej, niż inni, bo jestem trochę leniwy. Mimo to codziennie chodzę przynajmniej na jeden spacer. Wczoraj mieliśmy dzień wolny w Warszawie i świetnie się bawiliśmy.

Charles: Jeśli chodzi o zwiedzanie, nie zawsze trzeba robić coś konkretnego. Galerie sztuki i charakterystyczne miejsca są świetne, ale czasami lepszy jest dwuipółgodzinny spacer bez konkretnego celu. To często lepsza metoda na poczucie klimatu miasta, w którym się jest, niż oglądanie znanych zabytków, mostów czy kościołów.

IZ: Co czeka White Lies po zakończeniu obecnej trasy?

Charles: Mamy mnóstwo planów.

Harry: To prawda! To dla nas bardzo pracowity rok. Jeszcze niczego nie ogłosiliśmy, ponieważ wszystko jest w fazie planów, ale postaramy się przygotować coś na dziesiątą rocznicę wydania To Lose My Life… Może nawet wpadniemy do jakiegoś miasta w pobliżu? Kiedy tylko coś ustalimy, damy znać!

Czytaj również