Ladytron – Ladytron (2019), recenzja Jakuba Kopanieckiego

Inne recenzje

Na Ladytron trafiłem nieco okrężną drogą. Najpierw odkryłem solowy projekt Helen Marnie, wokalistki grupy, który nie tylko przypadł mi do gustu, ale i nie dawał spokoju – skądś ten głos znałem. Potrzebowałem chwili by przypomnieć sobie, że słyszałem go przecież już wielokrotnie na licznych singlach brytyjskiej formacji, której zawieszenie działalności przypadło na mój okres eksplorowania muzyki elektronicznej. Jak zatem Ladytron wypada po ośmioletniej przerwie, w dwudziestolecie swojej działalności?

Obraz może zawierać: ogień i na zewnątrz

Nowa płyta, zatytułowana po prostu Ladytron, służyć mogłaby za nowe otwarcie, ale jest raczej artystycznym manifestem – oto my, brzmimy tak, jak nas zapamiętaliście, ale nie boimy się eksplorować i eksperymentować! To gratka zarówno dla wieloletnich fanów, jak i dobry początek dla nowych słuchaczy. Nie brakuje charakterystycznych, analogowych syntezatorów, porywających tanecznych rytmów, szepczącego wokalu Helen Marnie i bardzo metaforycznych, filozoficznych tekstów.

Płycie nie można odmówić szalonego wręcz urozmaicenia. Wita nas rockowe niemal Until the Fire, by następnie przejść do bardzo kameralnego, w pełni elektronicznego i modelowego dla zespołu The Island, a zaraz potem poczuć się możemy jak na koncercie Blondie w szczytowym okresie popularności nowej fali dzięki Tower of Glass. To zaledwie trzy utwory, a na płycie jest ich (szczęśliwie) aż trzynaście, wyobrazić sobie zatem możemy, jakie pole do popisu dostali twórcy krążka. W innych okolicznościach mógłbym kręcić nosem na takie skakanie między gatunkami, jednak doskonale wpisuje się to w ideę zespołu – jest ekscentrycznie, wbrew konwencjom, wzbudza w nas niepokój i dezorientację. Płyta jest daleka od mainstreamu, więc jej odbiór wymaga zaangażowania i koncentracji – kto jednak chciałby iść na łatwiznę?

Płyta wywołuje u nas (satysfakcjonujący) dreszczyk niepokoju licznymi środkami. Hipnotyzują nas industrialne, agresywne brzmienia w Paper Highways i Animals, przypominające mi chwilami lżej strawną interpretację twórczości HEALTH, ogłusza nas gęstniejąca harmonia Run, szukamy drogi w mglistym The Mountain. Całościowo, koncepcja albumu oraz jego brzmienie zbliżone są do początków działalności grupy, zwłaszcza przywodzi na myśl single takie jak Seventeen czy Playgirl. Większość kompozycji to napędzane wysokooktanowym paliwem rakiety, ale Ladytron pozwalają sobie też na obniżenie obrotów i to tam, moim zdaniem, hipnotyzujący, rozmyty, zwielokrotniony w efektownych harmoniach głos Marnie robi najbardziej piorunujące wrażenie.

Ladytron to udany powrót legendy alternatywnego synth popu. To płyta pełna sprzeczności zarówno muzycznych, ale i tekstowych, natomiast brytyjski kwartet trzyma w ryzach tę atomową mieszankę wyjątkowo pewnie. Chociaż rytmy są taneczne, brzmienie pełne i euforyczne, nie możemy liczyć na spokój i czysty relaks – narracja albumu trzyma naszą uwagę w pełnej gotowości, oferując doświadczenie dalekie od lekkostrawnych hitów radiowych, ale bez wątpienia intrygujące i wartościowe, godne legendy, jaką obrosła brytyjska formacja.

  • 8/10
    Ocena końcowa - 8/10
8/10
Sending
User Review
9.75/10 (2 votes)
Ladytron - Ladytron
  • Data premiery: 01 02 2019
  • Single: The Animals, The Island, Far From Home
Najlepsze utwory: The Island
Until The Fire
Deadzone
The Mountain
Najsłabsze utwory: Tomorrow is Another Day
Figurine


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również