
Nagroda Fryderyk to polski odpowiednik Brit Awards czy amerykańskiego Grammy. Do tej pory było tak przynajmniej na papierze, bo daleko im było do wielkiej gali, spektakularnych wygranych i świetnych nominacji. Czy coś się jednak zmieniło?
Ponad 1000 artystów, dziennikarzy muzycznych i profesjonalistów z branży muzycznej. Tylu ludzi rok rocznie oddaje głosy na swoich faworytów w ramach najważniejszych nagród polskiego przemysłu muzycznego. Do tej pory jednak zawsze było coś nie tak i ślepy by zauważył, że daleko im do gali rozdania ważnych nagród. Były czasy gdy wszystkie nominacje i nagrody zdobywała Kasia Nosowska i zespół Hey. Nie zrozumcie mnie źle – lubię i szanuję Kasię, doceniam jej muzykę i wkład w historię polskiej muzyki, ale czy serio wówczas na rynku był tylko zespół Hey? Brak różnorodności naprawdę rzucał się w oczy. Podobna sytuacja była z Marylą Rodowicz, gdy ta miała dostać Złotego Fryderyka, ale odmówiła. Oburzona wokalistka wypomnęła komisji, że przez wszystkie lata nie dostała nawet żadnej nominacji do nagrody, aż tu nagle ma dostać nagrodę za całokształt twórczości. Absurd, prawda?
Takich sytuacji można by wymienić jeszcze kilkanaście. Mnogość błędów, archaizmu i niedoceniania naprawdę dobrych artystów i albumów była tu na porządku dziennym. Ba! Naprawdę nie trzeba szukać tego w odległych edycjach. Dla przykładu w 2018 roku w kategorii Utwór Roku znalazło się pięć utworów: dwie piosenki Darii Zawiałow, dwie Ani Dąbrowskiej i jedna Korteza. No tak, bo przecież nie można było znaleźć pięciu różnych artystów – tak mało zostało wydanych tego roku płyt i singlii. Absurd kompletny i tak jakby ta kategoria nabrała gorszego wymiaru. Światło nocne Natalii Przybysz zostało natomiast uznane najlepszym albumem pop, gdzie ta płyta z popem ma tyle związane, co Lady Gaga z metalem. Tu jeszcze jednak mogę trochę zrozumieć, bo kategorie były wówczas tak oschłe i ogólne, że ciężko było dopasować albumy do poszczególnych gatunków. Wspomnieć należy kategorię Album Roku Hip-Hop – chyba najbardziej kontrowersyjną w historii nagród. Co roku faworyzowana jest jedna wytwórnia, prawie co roku nominowany jest O.S.T.R. (nawet, gdy wydaje słabą płytę), a w tamtym roku dla przykładu słaby album Guovy.
W tym roku jednak ma się coś zmienić. Organizatorzy zapowiadają, że są to „Fryderyki od nowa”. Dwie uroczyste gale oraz nowość jakim jest festiwal muzyczny ( o którym póki co prawie nic nie wiemy). Zmienia się także miejsce, gdyż gala po raz pierwszy pojawi się w Katowicach. Są nowe i odświeżone kategorie: pojawia się Album Roku Blues/Country (i tu by takie bluesowe Światło nocne pasowało), jest też Album Roku Pop Alternatywny (bo przecież nie każdy pop jest nastawiony na radio, a też dawanie do zwykłego popu Meli Koteluk było wielkim blamażem) oddzielony od Albumu Roku Alternatywa (w końcu!). Cieszę się, że dodano kategorię Album Roku Nowe Wykonanie, bo daje to wiele świeżości, a i tych albumów na siłę nie trzeba upychać w innych kategoriach. To, co jest również nowością i na pewno jest dobrym posunięciem, to nominacje teamów autorskich i kompozytorskich – zabrzmiało to trochę światowo. W końcu doceniono również oprawy graficzne albumów, a tu przecież zdarzają się w Polsce małe arcydzieła. Na plus jest też większość nominacji – pokazują one koloryt polskiej muzyki i twórczości. Potwierdzają, że polska muzyka jest kolorowa i niejednorodna. Każdy znajdzie coś dla siebie, a najbardziej fani Dawida Podsiadły.
Żeby nie było tak słodko, nic nie jest perfekcyjne. Najwięcej kontrowersji w tym roku wzbudza nominowanie do kategorii Album Roku Hip-Hop płyty zespołu Abradab, który zbierał słabe recenzje. Za Utwór Roku może być też uznany kawałek Nic tu po mnie, młodego Michała Szczygła. Chyba trochę za wcześnie…
W tym roku po raz pierwszy również będzie można uczestniczyć w gali jako widz – zarówno na żywo w przestrzeni MCK, jak i przed telewizorem, gdyż prawo transmisji przejęła stacja TVN. Ba! Widz będzie mógł przyznać nawet swoją statuetkę w kategorii Przebój Roku oraz Wydarzenie Roku w ramach Nagród Publiczności. Super, ale 10 lat za późno.
Summa summarum wszystko odbieram na spory plus. Polskie nagrody w końcu stają się bardziej nowoczesne i oby w kolejnych latach zmiany te następowały dużo szybciej niż teraz. Może w końcu Nagroda Fryderyk stanie się prestiżową polską nagrodą, a nie tylko picem na wodę. Naprawdę trzymam za nie kciuki!


