Misia Furtak – Co przyjdzie? (2019), recenzja Karoliny Młynarskiej

Powoli wkraczamy w sezon premierowy. Jedną z pierwszych polskich wokalistek, która zdecydowała się zaprezentować światu swoją nową twórczość w 2019 roku, jest Misia Furtak. Artystka nie pyta, co to będzie, co to będzie, zastanawia się natomiast, Co przyjdzie. Na tak trudne pytanie ontologiczne niełatwo jednoznacznie odpowiedzieć, ja jednak zdradzę, że wraz z nową płytą Misi przyszło coś naprawdę pięknego.

Misia Furtak dała się poznać głównie dzięki grupie tres.b, którą współtworzyła i z którą wydała trzy albumy. Trzy lata temu razem z Piotrem Kalińskim stworzyła duet Ffrancis; rok temu ukazała się ich zakorzeniona w mrocznej elektronice płyta Off The Grid. Jeśli chodzi o twórczość solową artystki, dotychczas otwierał i zamykał ją minialbum Epka z 2013 roku. Niecałe sześć lat później Misia przedstawia pełnoprawną płytę Co przyjdzie? i udowadnia wszystkim, że należy do pierwszoligowych wokalistek.

Wszechstronność gatunkowa Misi jest idealnie przedstawiona na tym albumie. Wszystkie utwory, choć spójne całościowo, charakteryzują się bardzo zróżnicowanymi warstwami melodycznymi. Co przyjdzie? stanowi zgrabny kompromis pomiędzy współczesnością a klasyką – mistrzowsko wykorzystane instrumenty żywe flirtują z nienachalną, subtelną elektroniką. Efekt? Wzorowy. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem smykałki Misi do tak zwinnego manewrowania między gatunkami, rozwiązaniami, instrumentami, pomysłami i jednocześnie tworzenia harmonijnej całości.

Misia ma również tę nieczęstą zdolność kreowania obrazów, nastrojów, wyobrażeń za pomocą muzyki i w jej najświeższych kompozycjach można to łatwo wychwycić. Album zasadniczo dzieli się na dwie części – powiedziałabym, że na jasną i na ciemną. Pierwsza z nich odznacza się urokliwymi, przepięknymi utworami, które są w stanie poruszyć najtwardsze struny w człowieku. Mamy tutaj oszczędne, skromne Nie zaczynaj, które pomimo owego minimalizmu zawiera w sobie ogromny ładunek emocjonalny; obok stoi Pamięć, lekki i przeuroczy kawałek, gdzie Misia powoli zaczyna bawić się głosem. A Little Later stoi już na granicy tych dwóch światów: blask przeplata się z mrokiem, co podkreślają gitara elektryczna oraz smyczki.

Podróż do krainy ciemności, nie licząc preludium w postaci A Little Later, rozpoczyna rewelacyjne Go To Sleep. Czają się tutaj niebezpieczeństwo, mgła; wokal jest na pograniczu szeptu, całość elektryzuje i mocno chwyta za gardło. Podobny efekt wywołuje Delusional, choć, po głębszym zastanowieniu, jest jeszcze mocniejsze, głównie ze względu na tę mroczną gitarę. Warto zwrócić uwagę na Będzie gorzej, gdzie najbardziej podoba mi się rewelacyjnie skonstruowany klimat, który po prostu można poczuć na własnej skórze. I ta końcówka! Cudownie wypadają także pozostałe utwory. Czterominutowym instrumentalnym przerywnikiem jest Tysiąc, piosenka bardzo spokojna, ale nienudna; taka chwila wytchnienia po ciężkim dniu. Siostrzanym kawałkiem można nazwać Space, równie relaksujący i wychillowany jak poprzedni.

Ogrom talentu, wrażliwości oraz miłości do muzyki, którą czuć w każdej sekundzie krążka. Co przyjdzie? jest jednym z tych albumów, o których można długo dyskutować. To, co się dzieje, zarówno w tekstach, wokalu, jak i w samej muzyce, jest trudne do skrupulatnego opisania. Na pewno nie jest to płyta do szybkiego, bezrefleksyjnego posłuchania. W przypadku Co przyjdzie? Potrzebny jest czas, by stuprocentowo odkryć wszystko poukrywane w tych bezbłędnych kompozycjach. A znajdzie się tutaj sporo emocji i takiego (nad)zwyczajnego piękna. Przekonajcie się sami. Misiu, chapeau bas!

oceny

autor recenzji

Karolina Młynarska
Karolina Młynarskahttp://po-sluchaj.blogspot.com/
Studentka filologii polskiej. Miłośniczka literatury, języka polskiego oraz muzyki rockowej, alternatywnej i elektronicznej.

Sprawdź nasze inne

Recenzje