Pamiętam, że pierwsze kroki muzyczne Jess Glynne śledziłem jeszcze w momencie kiedy wokalistka swoje single wrzucała na platformę soundcloud. Chwilę później ruszyła lawina sławy i dziś brytyjska artystka może pochwalić się kilkoma rekordami i kolejnym studyjnym albumem. Druga płyta to zawsze wyzwanie i test dla muzyka. Czy Jess Glynne podołała wyzwaniu i wzniosła się na wyżyny, czy może jednak sięgnęła dna?
Jednoznacznie nie można uplasować Always In Between na półce z najgorszymi albo najlepszymi wydawnictwami w 2018 roku. Oczekiwania były duże, a skończyło się przeciętnie, mdło i nijako. Druga płyta Jess Glynne zasługuje na miano – „płyta średnia, obok której można przejść obojętnie”. Jak posłuchasz to dobrze, ale jak ominiesz szerokim łukiem, to też niż znaczącego Cię nie ominie. A szkoda, bo tak jak mówiłem – w brytyjskiej wokalistce od początku pokładałem duże, żeby nie powiedzieć ogromne, nadzieje.

Od pierwszych dźwięków można usłyszeć, że producenci nie przyłożyli się do stworzonych utworów. Piosenki same w sobie nie oddają charakternej duszy wokalistki, która gdzieniegdzie prześwitywała na debiutanckim krążku. Szkoda, że ten pazur i emocjonalność artystki nie zostały wydobyte, a sama Glynne została wsadzona w przemielone kilkukrotnie (nawet przez samą wokalistkę) dźwięki i klimaty. Na płycie słychać, że Glynne nie zrobiła kroku do przodu, wciąż stoi w miejscu i w tych oklepanych dźwiękach odnalazła siebie i swoją strefę komfortu.
Zdaje się, że głównym celem według Glynne było pokazanie swojej autentyczności i wachlarzy doświadczeń w liryce. Szkoda, że nie pokrywało się to z oczekiwaniami producentów, którzy uznali, że Always In Between będzie maszynką do zarabiania pieniędzy, bo od krążka bije oklepaną komercją radiową – co pokazują jej sukcesy na listach przebojów i wyróżnienia. Szkoda, że w tym przypadku powodzenie wśród słuchaczy nie idzie w parze z jakością materiału, a autentyczność ginie w blichtrze i blasku fleszy.
Te pełne optymizmu melodie ciągną się w nieskończoność i każda kolejna piosenka zdaje się być poniekąd kontynuacją poprzedniej. Poziom płyty podnoszą jedynie ballady, które pokazują jej autentyczność. Może droga, która poszła Emeli Sande, to również droga, którą powinna ruszyć Jess Glynne? Nie mówię tego bez powodu, ponieważ No One brzmi jak utwór wyjęty z ostatniego krążka jej koleżanki, z którą kiedyś nagrała utwór Saddest Vanilla. Wystarczy zestawić obok siebie np. delikatne Thursday, Inserucities czy Broken obok 123, czy Milion Reasons, które pokazało, że wokalistka niezbyt dobrze sprawdza się w komputerowych brzmieniach. Różnica pomiędzy tymi dwoma grupami piosenek jest znaczna. Sam głos i intencja przekazu również brzmią inaczej.
Glynne nie musi szkolić swojego pióra i głosu, bo są na wysokim poziomie. Gorzej z producentami i kompozytorami, którzy usilnie tworzą z Jess produkt na rynek europejski. Piosenki (poza kilkoma wyjątkami) zebrane na Always In Between nie brzmią dobrze razem i osobno. W sztabie artystki powinni sobie zadać pytanie co poszło nie tak. Sama wokalistka powinna zadać sobie to pytanie i poważnie zastanowić się czy to co aktualnie reprezentuje na pewno gra jej w duszy, i czy finalny efekt brzmi tak – jak przypuszczała. Obyśmy za kilka lat nie musieli słuchać drugiego otwartego wyznania na temat uciemiężenia przez sztab producentów i wytwórnię, jak w przypadku Jessie J.
