Wakacje w piekle z Flatbush Zombies. Relacja Piotra Sadowskiego

Znalezione obrazy dla zapytania Flatbush Zombies

Meechy DarkoErick Arc Elliott i Zombie Juice odwiedzili kilka dni temu warszawską Progresję podczas europejskiej trasy See You in Hell. Przygotowali dla zgromadzonej publiczności genialny koncert, jednak nie obyło się bez małego zawodu.

Po wejściu do Progresji zdziwiło mnie trochę kilka grupek 13/14 letnich fanów grupy, którzy cały czas później rozkręcali mosh pit. Przywykłem do tego, że rap to teraz najbardziej mainstreamowy gatunek muzyczny, ale tak niskiej średniej wieku nie spodziewałem się akurat na tym koncercie, w końcu daleko im od mumble raperów. Ot, ciekawostka, bo sam nic do tego nie mam i pewnie sam bym jeździł w ich wieku, gdybym tylko miał taką możliwość.

Pierwszy na scenie w roli supportu pojawił się Nyck Caution wraz z DJ-em, który puszczał również bity następnemu Kirkowi. Nyck zagrał kilka swoich kawałków + parę coverów, na przykład Moonlight zadedykowane XXXTentacion-owi. Pod sceną bawiła się dosłownie garstka osób, ale nie przeszkadzało to fanom rapu w głośnych reakcjach czy otwieraniu mosh pitów. Taką samą energią ze sceny odpowiadał Caution, pokusił się nawet o stage diving. Widać było, że był zadowolony ze swojego występu i słusznie, bo zagrał naprawdę solidne 30 minut.

W przerwie między supportami swój czas otrzymał DJ i wykorzystał go w stu procentach grając między innymi takie kawałki jak Ultimate od Danzela Curry’ego (z którym już 3 grudnia widzimy się w Progresji!), m.A.A.d city czy Plan Jain Ferga.

W końcu przyszedł czas na występ Kirka Knighta. Raper przywitał się z nami słowami, że jest chory i wkurzony na to, co powtarzał kilka razy. Faktycznie było po nim widać, że pomiędzy utworami trochę się męczy, czasem wyglądał tak, jakby miał zakończyć występ wcześniej. To było jednak w przerwach, bo kiedy jego DJ puszczał kolejne bity, gość dawał z siebie wszystko, rapował każdy wers i zarażał warszawską publikę energią, za co ogromny szacunek.

https://www.youtube.com/watch?v=-7uwD0I9rww

A teraz dane główne, koncert Flatbush Zombies. Zanim raperzy pojawili się na scenie, z głośników poleciał fragment Ain’t No Grave od Johnny’ego Casha, który zakończony został odgłosami burzy połączonymi z dobrą grą świateł. Wszystko stworzyło fajny klimat i pierwsze dźwięki kawałka HELL-O spowodowały wielki szał w wypełnionej prawie po brzegi Progresji. Pod sceną standardowo zaczęła się mała walka o przeżycie, a Meechy DarkoErick Arc Elliott oraz Zombie Juice rozpoczęli ponad półtoragodzinne show. Ten ostatni zrobił na mnie największe wrażenie i zdobył moją sympatię swoimi scenicznymi ruchami oraz genialnym wykonem, ale tak naprawdę żadnemu z Flatbushów nie można nic odmówić. Każdy dawał z siebie sto procent, każdy ma mega warsztat, niesamowicie się razem dogadują i dopełniają.

W setliście przeważały oczywiście kawałki z najnowszego krążka Vacation In Hell. Po wspomnianym już HELL-O raperzy kontynuowali promocję płyty utworami Chunky, Vacation ze wspólnym śpiewaniem refrenu, M. Bison czy chyba najpopularniejszym z albumu Headstone. Następnie przyszedł czas na Bounce z 3001: A Laced Odyssey, albumu wydanego w  2016 roku. By trochę odpocząć, raperzy zaczęli wymieniać się na scenie i dlatego Meechy został sam i odśpiewał Facts, Erick zagrał główną rolę w numerze Proxies, a Jawice w pojedynkę zarapował między innymi Leather Symphony, przed którym poprosił nas, byśmy wykrzyczeli razem z nim zdanie I love myself. Zarówno Juice, jak i reszta raperów, często wspominała o tym, by siebie wierzyć, dedykowała niektóre utwory osobom, którym problemy nie są obce. Bardzo fajnie, że w ich koncertach znalazło się miejsce również na chwile szczerości, słowa otuchy.

https://www.youtube.com/watch?v=e_Y7lOYYeVg

Powrócę jeszcze na chwilę do Meechy’ego, czyli największego wariata w gronie Flatbushów. W jednym momencie poprosił publikę, by wytworzyła tunel (coś jak wall of dead), w który wskoczył na dropie, by skakać razem z nami. Do tego kilka razy pobawił się oczywiście w stage diving, raz wykonując nawet salto w przód (nadal mam siniaka na głowie, thanks Meechy). 

W setliście pojawiły się nawet dwa nowe, niewydane jeszcze kawałki. Przed jednym z nich z ust Ericka usłyszeliśmy niestety you dumb yall, kiedy raperzy próbowali nauczyć słów fragmentu kawałka, ale przez kiepską znajomość angielskiego widowni nie poszło to najlepiej.

Ta językowa bariera przeszkadzała jeszcze kilka razy w odbiorze show, między innymi kiedy Erick przed zagraniem Trapped chciał przekazać nam kilka ważnych słów, a publika zaczęła skandować zamiast się wyciszyć. Jeśli się nie mylę to właśnie podczas tego kawałka z tyłu tworzył się nawet mosh pit, porażka. 

Przed chwilowym zejściem ze sceny, Eric zaprezentował nam kawałek 222 z BetterOffDead, a później trójka raperów z przedmową o kiepskiej sytuacji w ich kraju zagrała Best American. 

https://www.youtube.com/watch?v=kfzRXseSBIM

Bis natomiast mógł należeć tylko do jednego kawałka. Ponownie przenieśliśmy się do EPki z 2013 roku, a dokładniej do utworu Palm Trees, chyba najważniejszego kawałka w ich całym dorobku. Co ciekawe, Palm Trees wcale nie kończyło całego koncertu. Raperzy zdecydowali się zakończyć go coverując Praise The Lord od Rocky’ego i Skepty.

I to by było na tyle jeśli chodzi o koncert Flatbushów. Publika trochę zawiodła, ale sama grupa jest naprawdę świetna na żywo, wyróżnia się na tle rapowej topki. Praktycznie w ogóle nie doświadczymy tutaj backup wokali, przez które współcześni raperzy często zmieniają się we własnych hypemanów. Na wyróżnienie zasługują również supporty, czyli Nyck Caution i Kirk Knight, którzy w stu procentach wykonali swoją robotę. Drobnym minusem według mnie była głośność mikrofonów podczas ich koncertów i na samym początku występu Flatbush Zombies.

Czytaj również