8 czerwca 2008 roku, cały świat oszalał. Po trzech latach tworzenia, brytyjski zespół Coldplay wydaje czwarty album pod tytułem Viva la Vida or Death and All His Friends.

Chyba nie trzeba przytaczać jakie osiągnięcia zdobył zespół podczas wieloletniej działalności. Już debiutancki album grupy utrzymywał się przez wiele tygodni na czele najlepiej sprzedawanych płyt, a z czasem popularność wcale nie malała. Na świecie nie ma chyba osoby, która by nie doceniła niesamowitego wokalu Chisa Martina, a także ciekawych kompozycji. Już od początku działalności zespół był porównywany do kultowych zespołów jak The Beatles czy The Rolling Stones.
Wracając po 10 latach od momentu, kiedy to dzieło trafiło na sklepowe półki, dostrzegam kilka różnic w odbiorze, a jest to pierwsza płyta Coldplay z jaką miałam styczność. Po latach bardziej analizuję teksty, znaczenie, wartość artystyczną, ale jedna rzecz się nie zmienia: doskonałe brzmienie. Całość kompozycji balansuje między rockiem,a radiowym pop’em, udowadniając, że można podbić świat nie tylko prostymi melodiami i tekstami „Zwrotka- refren- zwrotka”.
Patrząc na całość wydaną przez zespół Coldplay, warto zagłębić się bardziej w tekst i odniesienia do kultury.Tytuł albumu składa się z dwóch członów Viva la Vida oraz Death and All His Friends, są to tytuły utworów, które znajdują się na płycie. „Viva la Vida” to również tytuł obrazu Fridy Kahlo, w tłumaczeniu na polski oznacza „Niech żyje życie”, co częściowo odnosi się do tekstu piosenki. Na okładce znajduje się obraz „Wolność wiodąca lud na barykady” francuskiego malarza Eugène Delacroixa, odnoszący się do rewolucji francuskiej.
Wydanie płyty poprzedził singiel Violet Hill, który mimo swojej prostoty, estetyką idealnie wpisuje się w całość, którą ukazuje zespół. Po tak ciekawej zapowiedzi, każdy wyczekiwał premiery pozostałych kompozycji.
4 sierpnia 2008 roku został wypuszczony teledysk do piosenki Viva la Vida. Nagrania przenoszą nas na płótno obrazu, który znajduje się na okładce. Zostaje nam przedstawiona walka, wolność, nadzieja, a przede wszystkim idea, która przyświeca rewolucjonistom. Ze świecą szukać ludzi, którzy choć raz w życiu nie słyszeli tego przeboju. Nawet po tylu latach, można napotkać się na ten utwór w rozgłośniach radiowych, co pokazuje jak wielką wartość ponad czasową niesie ze sobą.
Mimo, że Viva la Vida or Death and All His Friends nie jest najdłuższym albumem z jakim się można spotkać, ale jest dość kompletny i sumienny. Długość całości ma też przełożenie w tym, że dostajemy całkowicie przemyślane i dopracowane utwory, zamiast kilkunastu, która mają za zadanie „wypełnić luki”.Dni, miesiące i lata mijają, a mimo to nie traci on na wartości lirycznej ani muzycznej z czasem, jak to się dzieje z wieloma nowymi hitami.
Czas pokazał nam, że Coldplay nie jest zespołem „jednego przeboju”, a osoby, które zakochały się w ich pierwszych płytach jako nastolatkowie, teraz prawdopodobnie przekazują swoją miłość kolejnym pokoleniom. Sentyment jaki niesie ze sobą album Viva la Vida or Death and All His Friends z wiekiem powiększa się. Niesamowicie ciekawym doświadczeniem jest słuchanie tych utworów po czasie i z nowym spojrzeniem na całość. Będąc tą samą osobą, tylko z trochę większym bagażem doświadczeń odkrywam piękno tej płyty na nowo, ale są elementy, które się nie zmieniają. Zdecydowanie polecam każdemu, kto spotkał się kiedyś z twórczością Coldplay, powrót do tego albumu. Niech żyje życie!
