Ed Sheeran – rudzielec z duszą podbił serca na Stadionie Narodowym. Relacja Patrycji Szydlak

Share This Post

Tydzień temu Polskę odwiedził Ed Sheeran. Wspominamy jak dobrze bawiliśmy się podczas tego wydarzenia. 

Gdy rok temu ogłoszono europejską trasę i to, że Ed wystąpi 11 sierpnia 2018 w Polsce, w Internecie zawrzało – ludzie mieli świadomość, że bilety rozejdą się z prędkością światła. Sama okupowałam stronę internetową Eventim gdy tylko sprzedaż ruszyła. W trakcie tych kilkunastu minut, gdy wejściówki rozchodziły się na pniu, dodano drugie wydarzenie, 12 sierpnia. Zakończenie tej części trasy miało się odbyć właśnie w polskiej stolicy, na Stadionie Narodowym. Dla fanów, w tym mnie, to swego rodzaju powód do dumy. To właśnie na ten dzień udało mi się ostatecznie zdobyć wejściówki, co nie było łatwe.

Kiedy na scenę wychodzi mierzący niewiele ponad 170 cm, blady rudzielec w najzwyklejszym t-shircie, niosący w ręku wyłącznie gitarę, niektórzy nie spodziewają się fajerwerków. Nic bardziej mylnego. Ten chłopak potrafi zawładnąć sceną i porwać tłumy już po pierwszych dźwiękach. Ale czy ktoś świadomie idący na koncert Eda Sheerana może być zaskoczony?

Ed jest ewenementem na rynku muzycznym. Każdy jego singiel zdobywa szczyty list przebojów – jedni go kochają, za autentyczność i skromność, drudzy nie znoszą, między innymi za prostotę i trochę zbyt dużo romantyzmu. Od koncertu minął prawie tydzień, ale emocje opadają dość wolno.

Całkowicie odcięłam się od źródeł, które mogłyby zdradzać szczegóły jak wyglądał koncert, który odbył się dzień wcześniej. W niedziele pojawiłam się na stadionie odpowiednio wcześnie, żeby załapać się na wszystkie trzy supporty.

Na pierwszy ogień poszły chłopaki z BeMy – ten polsko-francuski zespół został założony przez braci Rosinskich, którzy dzięki rodzicom mają polskie korzenie. Dodatkowo, dwóch pozostałych członków zespołu to również Polacy. Mimo to dla niektórych zaskoczeniem było, gdy wokalista zaczął zwracać się do publiczności po polsku. Byli współlokatorzy Eda to całkiem utalentowane istoty, nie znałam większości ich kawałków, ale występ wprowadził fajną energię w powoli zaludniający się stadion.

Kolejny w drodze na scenę był Jamie Lawson, kolejny chłopak z gitarą, który ma już na koncie kilka studyjnych albumów, jednak największą popularność zdobył dopiero, gdy podpisał kontrakt z wytwórnią Eda – Gingerbread Man Records. Jego występ był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo podchodziłam do niego dość sceptycznie – fanką studyjnych kawałków jakoś nie zostałam, ale jak usłyszałam jego głos na żywo i zobaczyłam, to z jakim zaangażowaniem nawiązywał kontakt z tłumem po prostu mnie urzekło. Dla Jamiego ten koncert był ostatnim na trasie, po której zajmie się pracą nad kolejnym wydawnictwem. Jestem pewna, że po jego występie zwiększyło się znacząco grono czekających na nowości.

Trzecim i ostatnim supportem była Anne-Marie, która w Polsce ma już sporą rzeszę fanów, a z każdym jej kolejnym pobytem w naszym kraju liczba zakochanych w jej głosie tylko rośnie. Delikatna drobna blondynka jest w rzeczywistości wulkanem energii, który porwał publiczność już od pierwszych dźwięków. Świadczą też o tym udane akcje koncertowe i Anne, która zdawała się prawdziwie wzruszona reakcjami. Na płycie stadionu znajdował się już spory tłum, który na każde słowo wokalistki wypowiedziane pomiędzy utworami reagowali gromkimi okrzykami. Wyobraźcie sobie ten entuzjazm, gdy cały zespół z Anne-Marie na czele wypił dwa szoty klasycznej polskiej wódki! Trybuny też zaczynały w końcu ożywać, co tylko zwiastowało zbliżającą się godzinę zero i to na co wszyscy czekali.

Gdy wybiła 20:30 nic się nie zadziało, co oczywiście spowodowało szum zniecierpliwienia niosący się po stadionie. Z każdą kolejną minutą to zniecierpliwienie przybierało na sile, aż w końcu na scenę wyszedł On. Naprawdę poczułam się jak nastolatka podekscytowana widokiem swojego idola. Nie przypuszczałam, że aż tak zadziała na mnie obecność rudzielca na scenie.

To było do przewidzenia, że tłum ożył skumulowaną siłą rozgrzany świetnymi występami poprzedników. Ed wyszedł tak po prostu, zwyczajnie, ze swoją gitarą, z uśmiechem, zupełnie swobodnie, przecież robił to już tyle razy. Po udanym koncercie poprzedniego wieczora, widać było, że wie, że będzie równie dobrze, o ile nie lepiej. Od osób obok usłyszałam, że sprawia wrażenie bardziej wyluzowanego niż dzień wcześniej. Swój występ zaczął od Castle on the Hill, energetycznego kawałka, który nie mógł sprawić nic innego niż dziki szał tłumu. Następnie płynnie przeszedł do Eraser. Następny w kolejce był hit pochodzący z pierwszej płyty, już w kategorii klasyka – The A Team – to było to na co wszyscy polscy fani czekali. Dlaczego? Bo to właśnie na ten moment zaplanowana została akcja koncertowa. Jeszcze przed koncertem, na trybunach wolontariusze rozdawali białe i czerwone kartki, co tylko udowodniło, że polski fanclub jest świetnie zorganizowany, a akcja sama w sobie nie mogła się nie udać. Na zewnątrz było już odpowiednio ciemno, a trybuny ułożyły się w biało-czerwoną flagę. Trybuny górne rozświetliły białe kartki, a dolne zapłonęły czerwienią. Wszystko dopełniły latarki telefonów zaświecone na całym stadionie. Płyta zaś oprócz światła zapełniła się pomarańczowymi, zielonymi i niebieskimi sercami – kolory te to nie przypadek, każdy odzwierciedla jeden z trzech albumów Eda. To doświadczenie napełniło mnie ogromną dumą, że mogę być częścią tak wielkiego przedsięwzięcia. Po prostu coś pięknego. Takie akcje udowadniają mi, że polscy fani są super i to, że artyści mówią często, że jesteśmy jedną z najlepszych publiczności nie jest przypadkowe.

Obraz może zawierać: 8 osób, tłum
Fot. Charm Music

Ed też był pod wrażeniem, chociaż taka sama akcja miała miejsce w sobotę – pochwalił to jak świetnie zorganizowani jesteśmy. Wspomniał też, że zdarza im się mierzyć głośność tłumu na koncertach, nawiązując do poprzedniego dnia – powiedział, że był to jeden z najgłośniejszych koncertów na tej trasie i ma nadzieję, że ten niedzielny będzie równie szalony. Nie muszę mówić, że to zmotywowało nas jeszcze bardziej, żeby udowodnić, że po prostu jesteśmy rewelacyjną publicznością. Jako, że Rudzielca czekała kilkudniowa przerwa przed amerykańską częścią trasy, poprosił tłum aby zdarł z nim gardła tego wieczora. Nam nic więcej nie było potrzebne. Podczas kolejnych utworów wszyscy, fałszując lub nie, śpiewali ile sił każdy wers. Widać było, że Ed czuje nasz entuzjazm i energię.

Gdy Happier dobiegło końca, okazało się, że na płycie miały miejsce zaręczyny! Oczywiście, ukochana powiedziała tak. Cudownym prezentem dla zakochanych były gratulacje i dedykacja kolejnej piosenki właśnie dla nich. Tego dnia pewnie nigdy nie zapomną. Ja szczerze się wzruszyłam, a gdy wybrzmiały pierwsze dźwięki Tenerife Sea wokół po prostu rozpłynęła się atmosfera miłości. Ten koncert obfitował w momenty wzruszeń, ciepła i radości. Osobiście zostałam rozłożona na łopatki przez mix Feeling good i I see fire. Tego nie można opisać słowami, kto był i doświadczył tego wie, że chciałby do tego momentu wracać milion razy. Kto nie był, musi mieć świadomość, że jest czego zazdrościć. Thinking out loud było czymś, na co czekałam od samego początku i nie zawiodłam się. Ed łącznie z ostatnią piosenką głównej części zagrał aż 15 utworów, a finałowe Sing nie było w stanie uspokoić tłumu. Na płycie działy się w niektórych miejscach dzikie tańce, których oglądanie przy okazji było dodatkową przyjemnością. Sheeran zszedł ze sceny, ale nie był mowy o ciszy. Na encore nie musieliśmy długo czekać. Ukontentowani Shape of you oraz wydłużonym You Need Me, I Don’t Need you doczekaliśmy końca koncertu. Z jednej strony, byłam trochę szczęśliwa, że te dwie i pół godziny skakania, śpiewania i wrzasków dobiegły końca, bo zaczynało brakować mi tchu, z drugiej, nie wiem kiedy te godziny minęły i dlaczego tak szybko?

Polska publiczność udowodniła, że potrafimy być najgłośniejsi. Nie mam żadnych wątpliwości, że tak było. Jestem więcej niż dumna i szczęśliwa, że mogłam tego wieczoru zatopić się w świecie i duszy tego rudzielca. Moje serce zostało podbite. Jeszcze bardziej niż trzy lata temu na Torwarze.

Jedyną nadzieją były słowa Eda wypowiedziane na koniec. Uwieńczenie. Przecież See you soon! to brzmi trochę jak obietnica. I chcę w to wierzyć.

spot_img

Related Posts

A$AP Rocky ogłasza drugi koncert w Polsce w ramach Don’t Be Dumb World Tour

13 i 14 września 2026 roku artysta wystąpi w...

Matt Hansen z koncertem w Warszawie w październiku

Piosenkarz i autor tekstów z Los Angeles, Matt Hansen,...