Throwback Review: David Bowie – Aladdin Sane (1973), recenzja Christiana Cieślaka

Przy recenzji takiego krążka jak ten, bardzo trudno jest sformułować godny jego sławy wstęp. Długoletnia twórczość Davida Bowiego miała ogromny wpływ na to jak brzmi, ale również jak wygląda współczesna muzyka i chyba nie ma osoby, która miałaby w związku z tym jakieś zastrzeżenia. Do jednego z najbardziej znamienitych dzieł tego legendarnego Brytyjczyka należy jego szósty krążek pod tytułem Aladdin Sane, którego tytułowy bohater, rodząc się z prochów Ziggy’iego Stardusta w czasie trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych, ponownie zaskoczył świat swoim niebanalnym, choć bardzo przystępnym spojrzeniem na ówczesną muzyczną teraźniejszość.

Pewnie zapytacie, skąd taki pomysł, by oceniać album, który nie tylko jest tak stary jak niektórzy z waszych rodziców, ale i na dodatek jest klasykiem, którego „przecież nie wypada krytykować”. Odpowiedź na to fundamentalne pytanie brzmi: bo czemu nie! Skoro Aladdin Sane był tak rewelacyjny te prawie półwieku temu, to dziś powinien być równie fantastyczny, co wtedy. Dodatkowo, dla mnie, dla osoby, która z wiadomych względów nie miała przyjemności słuchać tego krążka w czasie jego premiery aż do dziś, jest doświadczeniem zupełnie innym, więc i moja ocena może być zupełnie inna.

Po pierwszym przesłuchaniu Aladdin Sane oraz cierpliwym wczytaniu się w teksty piosenek się na nim znajdujących, byłem w pełni świadom tego, że po prostu nie jestem wstanie wyłapać,  a co dopiero zrozumieć, wszystkich małych odniesień w nich zawartych. Nie żyłem w tamtych w czasach i praktycznie nie mam o nich zielonego pojęcia. Przy drugim podejściu, już bardziej swobodnym i nastawionym na czystą przyjemność ze słuchania muzyki, byłem zdecydowanie bardziej ukontentowanym tym z czym miałem do czynienia.

Co tu dużo kryć, Aladdin Sane to czysta muzyczna radocha, która aż się dymi od swojej wyjątkowej rozrywkowej aury. Wszystkie dziesięć utworów jest utrzymane w tonie niekończącej się imprezy i doprawdy nie można im odmówić tego charakterystycznego, dość frywolnego rockowego uroku. Zresztą nie powinno to nikogo dziwić, gdyż krążek ten zrodził się w głowie Davida Bowiego w czasie jego trasy koncertowej po USA. Oczywiście, nie brakuje tu też kompozycji z teoretycznie nieco innej bajki. Na przykład tytułowy Aladdin Sane to najbardziej eksperymentalny utwór na krążku, który łączy ówcześnie klasyczny dla Brytyjczyka glam rock z jazzem i wychodzi mu to oczywiście bardzo dobrze, tworząc szalony i nieokiełznany kawałek. Jest też koncertowe, choć nieco groteskowe i cyrkowe Time, które według mnie brzmi tu co najwyżej dobrze, względem pozostałych bardzo dobrych kompozycji.

Na najlepszy moim zdaniem kawałek Aladdin Sane musiałem poczekać, aż do jego samego końca. Lady Grinning Soul, bo to właśnie o nim mówię, jest doprawdy dla mnie muzycznym majstersztykiem. Niezwykle klimatyczny i tajemniczy, a zarazem bardzo seksualny, a to za sprawą nie tylko tekstu o jednonocnych miłosnych uniesieniach, ale i dzięki dźwiękom fortepianu, które aż do tej pory brzęczą mi w uszach na myśl o tym utworze. Nie mogę również nie wspomnieć o już dziś klasycznym The Jean Genie, które dzięki swojej przebojowości stał się pierwszym singlem z płyty, zdobywając drugie miejsce na liście przebojów w Wielkiej Brytanii, na zawsze wpisując się w muzyczny kanon Davida Bowiego. Równie istotne dla Aladdin SaneDrive-In Saturday oraz Let’s Spend The Night Together, które wydają się najlepiej wpasowywać się w klasyczne imprezowe rytmy tamtych lat. Na pochwałę zasługuję też Watch That Men oraz Cracked Actor, które nadają całemu krążkowi tej unikatowej dziwaczności, która co by nie mówić, stała się znakiem rozpoznawczym dla całej kariery Davida Bowiego.

https://www.youtube.com/watch?v=CGQo6zpVzt8

Aladdin Sane to bardzo ważny moment w muzyce XX wieku i nie śmiem umniejszać jego zasług. Nie zmienia to jednak faktu, że raczej nie będę się nim katować całymi dniami i nocami, bo to po prostu nie muzyka na moje czasy i nie poczuję tego zachwytu, co jego ówcześni słuchacze ponad 45 lat temu. Bez względu na moją ocenę, jest to krążek naprawdę godny uwagi każdego, kto żyję muzyką i nie wyobraża sobie bez niej żyć. David Bowie był, jest i będzie ikoną, wraz ze wszystkimi wcieleniami, również z Aladdin Sane.

oceny

autor recenzji

Christian Cieślak
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.

Sprawdź nasze inne

Recenzje

Przy recenzji takiego krążka jak ten, bardzo trudno jest sformułować godny jego sławy wstęp. Długoletnia twórczość Davida Bowiego miała ogromny wpływ na to jak brzmi, ale również jak wygląda współczesna muzyka i chyba nie ma osoby, która miałaby w związku z tym jakieś zastrzeżenia. Do...Throwback Review: David Bowie - Aladdin Sane (1973), recenzja Christiana Cieślaka