Po wydanych rok po roku swoich dwóch pierwszych albumach solowych, The Messenger w 2013 roku oraz Playland w 2014 roku, Johnny Marr kazał czekać na swój nowy materiał aż cztery lata. Jak pokazuje jego najnowszy album zatytułowany Call the Comet, Brytyjczyk dobrze wykorzystał ten czas.
Pierwsze informacje pojawiające się na temat nadchodzącej płyty Johnny’ego Marra rysowały mi w głowie dość jasny obraz – oto nadchodzi kolejny album napisany przez Trumpa, Brexit i inne ekscesy i ekscentryków świata polityki. Już to wskazywało, że muzyk podąży obok kolegi z The Smiths, Morrissey’a. Jak się okazało – i tak, i nie.
Marr wywrócił swój najnowszy album do góry nogami. Call the Comet nie rozwija się równomiernie, powoli budując klimat. Najnowszą płytę brytyjskiego artysty otwiera dość mocny, gitarowy Rise. Ten mroczny, nieco zabrudzony ton utrzymuje się przez następujące po nim odpowiednio The Tracers i Hey Angel. Moment na złapanie oddechu przychodzi wraz z czwartym utworem – to singlowe Hi Hello. Pod koniec płyty tych momentów luzu i wdechów jest więcej, by wspomnieć m.in. pop-rockowe Spiral Cities czy zamykający Call the Comet utwór A Different Gun. Po wszystkich dotychczasowych odsłuchach najnowszej płyty studyjnej Marra wciąż dość dziwnym i niezrozumiałym rozwiązaniem wydaje się umieszczenie obok siebie utworów Hi Hello i New Dominios. Momentów, które bardziej dziwią niż zachwycają jest jednak zdecydowanie mniej. Z jednej strony Brytyjczyk sięga po współczesne rozwiązania, z drugiej – jak chociażby w The Tracers – częściowo daje o sobie znać klimat lat 80. i 90. Efekt takiego połączenia jest co najmniej ciekawy.
W zderzeniu z ubiegłorocznym albumem kolegi Marra z The Smiths, Morrissey’a, ten pierwszy pozostawia tego drugiego w tyle. Call the Comet, mimo swojego bardziej rockowego oblicza, wydaje się być albumem bardziej finezyjnym. I, co ważne, Marr – w przeciwieństwie do Mozza – nie postawił na proste, bezpośrednie komunikaty. Prowadzi ze swoim odbiorcą dialog na zupełnie innym poziomie – raczej skłania do refleksji niż udziela rad. Mimo to nad tekstami wypełniającymi Call the Comet nadal wiszą wszystkie bolączki współczesnego świata, które i bez tego męczą dzisiejszego słuchacza.
Call the Comet to przede wszystkim melodyjne kompozycje, zapadające w pamięć refreny, jak ten wybuchający prosto w twarz i serce w Hey Angel. Każda z dwunastu tworzących ten album kompozycji to bardzo dobre rockowe granie. I skoro mowa o trzeciej ścieżce z płyty, to prócz chwytliwego refrenu urzeka gitarowa solówka. Marr pozwolił sobie na gitarowe szarże w niemal każdym utworze – nieprzesadzone, ale wyraziste i odrobinę przybrudzone, co dodaje im nietypowego uroku.
Od początku do końca Call the Comet jest konstrukcją na każdym poziomie stworzoną przez Marra. Brytyjczyk odpowiada zarówno za napisanie samych utworów, jak i ich produkcję. Muzyk nadal tkwi we własnej niszy i – jak pokazuje album Call the Comet – dobrze się w niej czuje, choć zaproszenie do współpracy kogoś z zewnątrz mogłoby wpuścić do tej przestrzeni pierwiastki czegoś nowego, świeżego.
Call the Comet nie rozkochuje w sobie od pierwszego odsłuchu, wymaga wgryzienia się. Ale o ile ostatnia płyta Morrissey’a czy poprzednie płyty Marra nie goszczą zbyt często w moim odtwarzaczu, o tyle Call the Comet najpewniej będzie pojawiać się w nim częściej. To najlepszy dotychczas solowy album Johnny’ego Marra.


