
Gdy w 2003 roku na sklepowe półki trafił debiutancki krążek Evanescence, zatrzęsła się ziemia. Zespół założony przez obdarzoną mocnym wokalem Amy Lee i kompozytora Bena Moory’ego błyskawicznie zdobył miażdżącą popularność nie tylko na zachodzie, ale także w Polsce. Kto nie szalał wówczas za Bring Me To Life czy My Immortal? Mimo, że miałam wtedy zaledwie 3 latka, a na twórczość Evanescence trafiłam, będąc dopiero w gimnazjum, darzę ten zespół ogromnym sentymentem i nie dziwi mnie ogromny sukces, który stał się jego udziałem. Album Fallen odniósł największy sukces spośród wydawnictw w ich dorobku – sprzedał się w 17 milionowym nakładzie i zdobył wiele prestiżowych nagród, w tym dwie statuetki Grammy. Czy zasłużenie?
Myślę, że tak. Mimo, że wciąż nie mogę wyleczyć się z tęsknoty za nigdy nie wydaną oficjalnie EP-ką Origin, uważam, że Fallen to bardzo dobre wydawnictwo. Pełno w nim dynamicznego grania i charakterystycznego dla zespołu klimatu, który wciąga słuchacza w wir onirycznych, tajemniczych dźwięków i nie wypuszcza go do ostatniej nuty. Genialny wokal Amy Lee, dobre, trafiające do słuchacza teksty i świetna oprawa muzyczna kompozycji sprawiły, że wobec debiutu zespołu nie można przejść obojętnie. Otwierający wydawnictwo kawałek Going Under doskonale ukazuje słuchaczowi czego może się spodziewać – są to gitarowe riffy połączone z delikatnym lecz bezkompromisowym głosem pani Lee. Ciężko jednak skupić się na Going Under, skoro zaraz po nim przychodzi czas na odpalenie prawdziwej petardy – kolejnym utworem na albumie jest singiel Bring Me To Life, który zdobył niesamowitą popularność wśród słuchaczy i podbijał stacje radiowe, powodując ogromne boom na Evanescence we wszystkich mediach. Nie bez wpływu pozostało zaproszenie do współpracy Paula McCoy’a z grupy 12 Stones, co okazało się świetnym pomysłem i przyniosło znakomity efekt. Ogromna popularność tego utworu sprawiła, że grupa Evanescence zaistniała na światowej scenie muzycznej i zdobyła popularność, którą cieszy się do dzisiaj.
Kolejnym wielkim przebojem grupy jest najstarszy utwór obecny na albumie, czyli niezapomniana ballada My Immortal. Głęboki tekst, opowiadający o zadającej ból miłości sprawił, że niejeden słuchacz z łatwością może odnaleźć w nim lustro własnych przeżyć. Delikatna melodia i subtelny, pełen ekspresji śpiew wokalistki doskonale oddały zawarte w nim emocje. Inną, przepełnioną uczuciami piosenką, którą znajdziemy na Fallen jest utwór Hello. Jest to jedna z najbardziej osobistych piosenek stworzonych przez Amy Lee, została poświęcona nieżyjącej, młodszej siostrze artystki. Z racji tego, że jest zbyt osobista dla wokalistki, zespół nigdy nie wykonywał jej na żywo podczas koncertów. Nie brakuje również bardziej dynamicznych utworów, do takich z pełną śmiałością możemy zaliczyć tajemnicze Haunted czy jeden z moich ulubionych kawałków, zamykający album Whisper. Warto zwrócić uwagę także na Imaginary – z pozoru spokojny utwór, przeplatany bardziej agresywnymi brzmieniami, opowiadający o ucieczkach przed prawdziwymi problemami w wymyślone światy.
Klimat mroku i tajemniczości, połączony z mocniejszymi brzmieniami i genialnym wokalem Amy Lee sprawia, że twórczość zespołu na długo pozostaje w naszych głowach i z chęcią się do niej wraca. Warto przypomnieć, że Fallen nie jest jedynym bardzo dobrym wydawnictwem Evanescence, w 2006 roku swą premierę miał następny album – The Open Door, który mimo, że nie osiągnął tak wielkiego sukcesu komercyjnego jest świetny i z całą pewnością zasługuje na uwagę odbiorców. Utwory z Fallen od dawna zajmują stałe miejsce w mojej playliście, a mój egzemplarz wydawnictwa spoczywa na półce. Świetny zespół, osoby lubiące mroczne klimaty koniecznie powinny się z nim zapoznać. Zdecydowanie warto!


