Czasem trudno ocenia się debiutanckie płyty polskich wykonawców. Recenzentom może towarzyszyć poczucie współodpowiedzialności za los młodego talentu, który postanawia podzielić się z publicznością swoimi utworami. Jest to o tyle nieprzyjemne, kiedy do podniesienia wydaje się być więcej wad niż zalet premierowego materiału – i tak właśnie jest z najnowszym albumem Gracjana Kalandyka.
Nie ma wątpliwości, że uczestnik piątek edycji muzycznego show The Voice Of Poland, w którym reprezentował grupę Justyny Steczkowskiej, jest wspomnianym talentem. Wydaje mi się jednak, że sam dryg do muzykowania, to nieco za mało, a przy braku doświadczenia i wsparcia odpowiednich osób, trudno jest osiągnąć muzyczny sukces. Co prawda zarzut o brak odpowiedniego wsparcia może nieco tracić na wartości, kiedy zaznaczy się, że swoje trzy grosze do tego albumu dołożyli Leski czy Robert Amirian (Nextpop), jednak same nazwiska to nie wszystko, a w muzycznej współpracy musi pojawić się jeszcze to „coś”.
Album rozpoczyna utwór tytułowy, czyli Dwa Słowa, w którym już ujawniają się pierwsze mankamenty tej płyty. Primo – teksty. Cokolwiek miałoby znaczyć wyrażenie – „noc/ znikasz w szmince miasta” – wydaje mi się ono nie do przyjęcia. Utwór otwiera wokal z podparciem gitary akustycznej. Po pół minuty piosenki następuje w niej lekkie urozmaicenie w postaci delikatnej perkusji i dość prostej partii gitary elektrycznej. Dwa Słowa, podobnie z resztą jak większość utworów na tej płycie, jawi się jako kompozycja zupełnie nieabsorbująca.
Jeden z singli promujących tę płytę, piosenka Chodź, to kolejny przykład nienajlepszej jakości warstwy tekstualnej – „Zabierz mnie stąd/ Chodź ze mną tam/ Gdzie nikt nas nie znajdzie/ Chwyć mnie za dłoń/ Drogą pod prąd”. Nie chcę sugerować nieszczerości tego przekazu, bo w umyśle Kalandyk nie siedzę, ale wtórność i powtarzalność już jak najbardziej.
Czegoś mi brak, to kawałek z całkiem obiecującym tekstem. Piosenka opowiada o tym, czym jest poczucie szczęścia oraz o parciu ku marzeniom. Minusem tego utworu jest złe frazowanie i rozplanowanie wersyfikacji tekstu, co skutkuje tym, że słuchając pewnych fragmentów tej piosenki, trudno jest zrozumieć sens opowieści. Problem rozwiąże zajrzenie do pisanej wersji tekstu, jednak przy dobrze napisanym utworze powinno być to zbędne.
Kompozycją z dużym potencjałem jest przedostatni utwór na płycie (Mój Świat), którego problemem jest to, że się zwyczajnie nie rozwija. Rozpoczęcie jest ciekawe, utwór ma swój klimat, jednak w momencie, kiedy mógłby wejść na wyższy poziom i rozbudować się ciut bardziej, to Kalandyk zarówno wokalnie, jak i kompozycyjnie, pozostawia ten utwór na tym samym poziomie. Zarzut ten dotyczy większości utwór z płyty, jednak w przypadku tej piosenki, moje rozgoryczenie jest o tyle większe, że naprawdę dostrzegałem duże możliwości (idealny moment do twistu nastąpił po krótkiej, agresywnej partii perkusji).
Żeby nie było tak minorowo, to muszę także powiedzieć o piosence, która bardzo mi się spodobała i jest to o tyle paradoksalne, że to jedyny utwór zaśpiewany w języku angielskim, a w przypadku polskich wokalistów, zawsze bardziej cenię jednak poruszanie się w zakresie naszego ojczystego języka. Tym razem szalę przechyliła jednak kwestia muzyczna, bo Angels, o którym mowa, jest dla mnie jedynym kawałkiem z duszą i emocjami. Jest to również najostrzejszy (choć nie ostry) utwór na Dwóch Słowach. Więcej zadziorności w tej piosence pokazuje też sam Kalandyk, który w większości utworów wykorzystuje raczej bardzo delikatny sposób ekspresji wokalnej, a w Angels pozwala sobie na nieco więcej pazura.
Jak wspomniałem na samym początku, nie mam wątpliwości co do dużego talentu muzycznego Gracjana Kalandyka. Dostrzegam w tej płycie dużo mankamentów, ale wydaje mi się, że większość z nich, mogłaby być zniwelowana, gdyby debiutujący wokalista mógł się pochwalić nieco większym stażem. A jako, że doświadczenie zbiera się wraz z upływem czasu, to jestem przekonany, że każda kolejna płyta Kalandyka będzie coraz lepsza.
