Minęło osiem lat od ostatniego solowego albumu Toni Braxton, był to dla artystki okres bardzo burzliwy i pełen napięć. Teraz jednak powraca ona z nowym materiałem, świeżymi pomysłami i kolejną porcją tekstów o złamanych sercach, bo któż potrafi o nich śpiewać lepiej niż ona? Przed wami Sex & Cigarettes, czyli kwintesencja Toni Braxton, ale zdecydowanie za krótka jak na powrót po takim czasie.
Przez ostanie osiem lat Toni za bardzo nie było w muzyce (po za duetem z Babyface’m ). Wokalistka zajęła się promowaniem autobiograficznego filmu oraz nagrywaniem rodzinnej płyty świątecznej (która do najlepszych nie należy), jak również zmaganiem z ciężką chorobą. Artystka jednak nie poddała się i po czasie wróciła na znane ścieżki i to w jakim stylu. Nie jest to może powrót zniewalający, ale wokalistka pokazała klasę, elegancję i ugruntowała swoją pozycję jako jedna z czołowych twórców z obszaru R&B/soul’u.
Na nowym krążku Toni poszła w akustyczne klimaty. Nie powiem, że zdziwiło mnie to, bo już na poprzednim solowym Pulse wokalistka zaczynała zamierzać w tę stronę. I bardzo dobrze dla niej. Harmonijne i spokojne melodie wraz z charakterystycznym głosem artystki i przejmującymi tekstami tworzą wyjątkową mieszankę, a tzw. 'akustyki’ budują niesamowity klimat i atmosferę towarzyszącą słuchaczowi przez cały czas.
Płyta rozpoczyna się dobrym, lecz niepowalającym Deadwood – niby kawałek singlowy, a brakuje mu głębi i uroku, którego nie brakuje pozostałym kompozycjom. Na szczęście potem (chociaż z jednym wyjątkiem) jest już tylko lepiej, szczególnie gdy 'na scenę’ wchodzi Sex&Cigarettes – jeden z najlepszych utworów na płycie. Dynamiczny, fortepianowy kawałek, gdzie Braxton pięknie pokazuje jak niesamowicie potrafi władać głosem – kontrolując go, akcentują pewne części i wyciągając niektóre dzięki. Sam tekst z kolei jest do bólu prawdziwy i przez to tym bardziej wzruszający. Kolejnym zasługującym na pochwałę utworem jest Sorry – najbardziej dynamiczny ze wszystkich kawałków. Oparty na fortepianie i delikatnych bitach idealnie wpasowuje się w cały album i stanowi świetną przeciwwagę do wolniejszych piosenek.
Jedyną kompozycją do której mogę się przyczepić to również singlowe Long as I Live – jedyny delikatnie elektroniczny utwór na albumie, a zupełnie niepotrzebny. O ile sam tekst i wokale Toni są na bardzo wysokim poziomie, to elektroniczna aranżacja psuje cały klimat (na szczęście tylko na chwilę, bo potem zaczyna się on odbudowywać). Szkoda, bo jest to zupełnie niepotrzebne urozmaicenie, które więcej psuje niż naprawia. Sex&Cigarettes obroniło by się bez tego utworu, jako surowe, akustyczne wydawnictwo.
Toni Braxton stworzyła bardzo dobry album, wyróżniający się instrumentalnymi aranżacjami. Co najbardziej boli to ilość utworów, bo zaledwie 8 to zdecydowanie zbyt mało by dać się całkowicie porwać klimatowi i wejść w świat wykreowany przez wokalistkę, świat pełen zadumy i refleksji. i choć nie wszystko jest tu idealne to mimo wszystko uważam, że jest to jeden z lepszych albumów jakie przesłuchałam w tym roku – z pewnością do kilku utworów wrócę jeszcze nie raz. Trzeba tylko trzymać kciuki, że przy następnym wydawnictwie artystka już na dobre się rozkręci, bo choć jest to świetny album to Toni stać na wiele, wiele więcej.


