Rok po wydaniu swojej debiutanckiej płyty Aquarius (2014) Tinashe po raz pierwszy zapowiedziała album Joyride. Wokalistka wyruszyła nawet w trasę, która miała go promować, jednak data premiery była wciąż i wciąż przekładana. W międzyczasie wypuściła wydawnictwo Nightride, a w 2017 roku singiel Flames. Pierwotnie miał on być singlem przewodnim promującym nową płytę. Data wydania albumu została jednak po raz kolejny odłożona w czasie, a utwór porzucono. Gdy wiele osób zaczynało już wątpić, czy dziewczyna kiedykolwiek wyda tak długo zapowiadany album, głos zabrała sama zainteresowana. Wraz z początkiem 2018 roku Tinashe rozpoczęła promocję Joyride, a 13 kwietnia oficjalnie świętowała wydanie albumu. Pytanie tylko, czy efekt końcowy w pełni rekompensuje lata oczekiwań?
Przed premierą całego wydawnictwa fani mieli możliwość zapoznać się z trzema singlami. Pierwszym zwiastunem albumu Joyride została kompozycja No Drama, w której gościnny udział wziął raper Offset. Nieco mroczny, lekki i szybko wpadający w ucho kawałek utrzymany w klimacie, w którym Tinashe bez wątpienia najlepiej się odnajduje. Nie wiem po co na siłę próbowano z niej zrobić popową piosenkarkę, skoro właśnie w takim wydaniu wokalistki brzmi najlepiej. Faded Love jest już nieco bardziej tanecznym i rytmicznym utworem. Kachingwe uwodzi w nim zarówno słuchacza jak i swojego partnera, Future’a, który podobnie jak w poprzednim przypadku uzupełnia piosenkę rapem. W kolejnym singlu możemy już nieco posmakować zdolności wokalnych Tinashe. Tak jak wcześniej nie pokazywała ona zbyt wiele, tak w utworze Me So Band rozwija i prezentuje słuchaczom część wachlarza swoich umiejętności. Standardowo, dodatek do utworu stanowią raperzy. Gdyby nie fakt, iż dziewczyna doskonale odnajduje się w ich towarzystwie i dobrze z nimi współgra, to mógłbym narzekać, że jest ich trochę za dużo.
Na albumie usłyszymy jeszcze tylko jeden duet. Na tle swoich kolegów wypada on niestety bardzo blado. Kompozycja Stuck With Me udowodniła, że Kachingwe powinna współpracować wyłącznie z raperami. Nie dość, że sam w sobie utwór jest zwyczajnie nudny, to jeszcze słyszymy w nim inny wokal, który w żaden sposób nie współgra i nie pasuje do głosu Amerykanki. Efektem końcowym jest słaba kompozycja, w którą jakby przez przypadek wrzucono fragment zaśpiewany przez wokalistkę zespołu Little Dragon. Minusem płyty Joyride jest z pewnością niewielka ilość utworów. Wprawdzie w obecnych czasach modne jest wydawanie albumów, na które składa się 10 kompozycji, jednak po tylu latach czekania jest to zdecydowanie za mało. Na trackliście nowej płyty Tinashe znajdziemy 13 utworów, przy czym 3 z nich to trwające minutę wstawki (interlude). Keep Your Eyes On The Road stanowi świetne intro, jednak równie dobrze mogłoby być połączone w jedną piosenkę z kolejnym numerem na liście. Go Easy on Me nie wnosi kompletnie nic do płyty, natomiast Ain’t Good for Ya zdecydowanie powinno być o wiele dłuższe. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku debiutanckiego albumu Kachingwe, na którym znalazła się wstawka Indigo Child. Oba utwory zdecydowanie zasłużyły na stanie się pełnymi kompozycjami.
Nie raz w branży muzycznej zdarzała się sytuacja, gdzie w piosence wszystko się zgadzało, jednak ktoś postanowił do niej wrzucić jeden zbędny element. Mówię tutaj o kompozycji Oh La La. Gdyby nie dodanie kompletnie zbędnego i psującego całość dźwięku, którzy przypomina skrzypiący fotel bujany, cały utwór byłby z pewnością jednym z mocniejszych punktów na płycie. Niestety, ten jeden element psuje całość, a z piosenki pamięta się głównie ten irytujący dźwięk. Reszta utworów zdecydowanie sprawiła, że czas oczekiwania został wynagrodzony. Tytułowy Joyride jest kwintesencją twórczości Tinashe i pokazuje co gra w jej sercu i w jakim kierunku powinna iść. Podobnie jak kompozycja He Don’t Want It, która z pewnością należy do najlepszych z całej twórczości Kachingwe. Druga wspomniana piosenka szybko zaskarbi sobie serca tych fanów, którzy uwielbiają zabawę wokalem i różnorodne rejestry w jednym utworze. No Contest, który słyszymy pod koniec płyty, to z początku powolny kawałek, w którym Amerykanka czaruje swoim wokalem. Z czasem jednak coraz bardziej nabiera tempa i zachęca do ruszenia na parkiet.
Na płycie Joyride są dwa utwory, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Jednym z nich jest Salt, dosłownie płynąca, lekka i typowa dla R&B kompozycja. Piosenka oprawiona w różnego rodzaju wokalizy, delikatną melodię i zachęcający do refleksji tekst. Słuchając takich jak ten utworów ma się zwyczajnie ochotę zamknąć oczy i odpłynąć. Największą perełką na płycie jest jednak ballada zamykająca całość. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się usłyszeć Kachingwe w takim wydaniu. Dziewczyna kupiła mnie w 100%. Trafił do mnie tekst, trafiła melodie, trafił wokal. Każdy, kto uwielbia jej głos i jest miłośnikiem wolnych kompozycji z pewnością pokocha Fire And Flames. Nie wiem dokąd dokładnie zmierza Tinashe, jednak mam nadzieję, że w przyszłości nagra o wiele więcej takich piosenek.
Musze przyznać, że słuchanie albumu Joyride z pewnością było przyjemną muzyczną przejażdżką. W prawdzie zdarzyło się parę dziur po drodze, jednak reszta podróży w pełni mi je zrekompensowała. Na tę płytę warto było czekać. Tinashe nie uciekła od swojego stylu i nie stała się na siłę księżniczką pop. Dziewczyna zawzięcie walczyła o swoja muzykę i śmiało może nazywać się zwycięzcą. Każdy, kto lubuje się w takich klimatach powinien dać tej płycie szanse. Na dodatek uprzedzam, nie można przesłuchać jej raz i wyrobić sobie opinii. Kachingwe zabiera nas na przejażdżkę, która za każdym razem brzmi nieco inaczej. Z każdą kolejną podróżą można odkryć czy usłyszeć coś więcej. Wielokrotny odsłuch jest wręcz niezbędny, aby w pełni zrozumieć Joyride.


