Rae Morris – Someone Out There (2018), recenzja Christiana Cieślaka

Jeśli nigdy nie słyszeliście o brytyjskiej wokalistce Rae Morris, to nie martwcie się, bo ja też nie. Jednak za sprawą jej najnowszej płyty pod tytułem Someone Out There, od razu wiedziałem, że jest to artystka godna zarówno mojej, jak i waszej muzycznej uwagi.

W związku z tym, że do tej pory o Rae Morris nie wiedziałem nic, to warto byłoby wspomnieć nieco o jej dotychczasowej działalności. Jej przygoda z muzyką zaczęła się w 2012 roku, kiedy to jej debiutancki singiel Don’t Go został użyty w ostatnim odcinku szóstego sezonu brytyjskiego serialu „Skins” i zyskał dość sporą popularność. Wraz z początkiem 2015 roku ta sama piosenka trafiła na jej debiutancki krążek pod tytułem Unguarded, którego premiera była związana z nominacją wokalistki do jednego z najbardziej prestiżowych muzycznych wyróżnień na świecie, jakim jest „BBC Sound of…”. Ostatecznie, krążek został ciepło przyjęty przez krytyków jak i publiczność, która wywindowała Unguarded na 9 miejsce brytyjskiej listy sprzedaży.

Trzy lata później ponownie spotykamy się z twórczością Rae Morris, a to za sprawą premiery jej drugiego krążka i muszę przyznać, że było to spotkanie bardzo dźwięczne i intensywne. Someone Out There proponuje nam całkiem przyjemne w odbiorze czterdzieści minut muzyki, które co prawda jest momentami nieco jednostajne, jednak działa to bardziej na jego korzyść, niż nie. Z całą pewnością mogę określić tą płytę jako dopracowaną, która spędziła kilka snów z powiek jej autorki, co się po prostu chwali.

Najbardziej intrygującym utworem pod względem samej melodii okazał się dla mnie Rose Garden, które totalnie wyróżnił się na tle pozostałych dziesięciu utworów. Oczywiście to nie znaczy, że wspomniane dziesięć piosenek w jakimś znaczącym stopniu negatywnie odstaje od muzycznego poziomu tegoż utworu.

Mianem najlepszej piosenki całego albumu z pewnością mogę nazwać Someone Out There, które również się wyróżnia, jednak czymś zupełnie innym, niż wywołane wcześniej Rose Garden. Ta tytułowa kompozycja urzekła mnie swoim klasycznym podejściem do popu oraz minimalnością w użyciu nowoczesnych technologii w jego tworzeniu. Jest to po prostu piękna miłosna ballada, która przy odrobinie szczęścia mogłaby się stać motywem przewodnim jakiegoś romantycznego filmu, bo jest to piosenka wyjątkowa w swojej prostocie.

Co do samej Rae Morris, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że słucham bardziej strawnej i młodszej wersji Björk. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Przynajmniej dzięki Someone Out There mogłem sobie wyobrazić, jak ewentualnie mogłaby wyglądać kariera Islandki, gdyby postanowiła śpiewać normalnie i nie robiła z siebie kulki nieokreślonej kosmicznej energii.

By jednak nie poprzestać na przytyku do głosu gwiazdy tejże recenzji, to pochwalę jeszcze kilka utworów z Someone Out There. Najlepszym z trzech singli wybranych przez Rea Morris jest dla mnie Reborn. Energetyczna i dynamiczna kompozycja, która może nie przyciąga słuchacza od pierwszego przesłuchania, ale za każdym kolejnym razem jest co raz lepsza i lepsza. Jeśli szukacie nieco bardziej zabawowych utworów to zaliczyłbym do tej grupy Do It oraz Dip My Toe. Naładowane pozytywną energią i bardzo taneczne kompozycje, które zapraszają słuchacza do niezobowiązującej zabawy. Natomiast dla fanów bardziej wzniosłych i wielkich utworów poleciłbym Lower The Tone i Physical Form.

I tak oto prezentuje się całe Someone Out There. Electro popowa płyta, która świetnie łączy muzyczne motywy imprezy i współczesnego spojrzenia na romantyczną balladę. Jeśli Rae Morris jeszcze bardziej zagłębi się w swoje inspiracje oraz pomysły, a przy pracy nad trzecim krążkiem sięgnie po znanych popowych producentów, to za parę lat możemy mieć do czynienia z prawdziwą brytyjską gwiazdą muzyki.

Czytaj również