Rzadko kiedy dzieje się tak, że debiutancki długogrający album umieszczany jest w zestawieniach najbardziej wyczekiwanych płyt danego roku. Niemniej, tak było w przypadku polskiej wokalistki Poli Rise, która zaostrzała apetyt słuchaczy, publikując dwa bardzo dobre single – Hear You i Fear. Wydawnictwo Anywhere But Here ujrzało światło dzienne 12 stycznia i należy zadać pytanie, czy rzeczywiście jest tak dobrze, jak się zapowiadało? Zdecydowanie jest. A nawet jeszcze lepiej!
Na płytę składa się dwanaście anglojęzycznych kawałków, do których artystka sama napisała teksty i współtworzyła warstwę muzyczną. Lista producentów krążka jest długa, ale nie oznacza to, że powstał jeden wielki rozgardiasz i chaos. Przeciwnie – panuje tutaj porządek, każdy szczegół jest dopracowany, a całość niezwykle spójna i zróżnicowana zarazem.

Introdukcją do wyjątkowego świata Poli jest kompozycja Go Slow i zasadniczo bardzo dobrze zwiastuje ona to, co czeka nas w dalszych częściach płyty – a czekają nas rzeczy hipnotyzujące, intrygujące i wciągające. Z każdym kolejnym odsłuchem wpadasz w tę wielowymiarową rzeczywistość coraz bardziej. I coraz bardziej Ci się to podoba.
Można także rzec, że jest to elektronika nocna, która najlepiej sprawdzi się o późnych porach i w różnych sytuacjach – czy to przy nauce, czy na imprezie, w aucie, podczas odpoczynku. Z własnego doświadczenia wiem, że muzykę z Anywhere But Here lepiej odbiera się właśnie wtedy, gdy za oknem panuje ciemność, a nas otulają pulsujące, finezyjne i mgliste dźwięki Poli Rise.
Ciekawym zabiegiem jest włączenie żywych instumentów – skrzypiec, pianina, perkusji – do czysto elektronicznych tonacji. Usłyszymy to m.in. w na pewien sposób urokliwym, choć jednocześnie trochę niepokojącym Highway czy w spokojnym, wyważonym i delikatnym The Greatest. Warto zaznaczyć, że wysoki, melodyjny głos idealnie wpasowuje się w materię dźwiękową, dzięki czemu obie te warstwy – wokal i muzyka – są jedną, nierozerwalną, idealną całością.
Starałam się wyróżnić piosenki, które wybijałyby się ponad wszystkie, ale jest to trudne zadanie. Na tej płycie nie ma ani jednego złego utworu. Każdy z nich utrzymany jest na tym samym wysokim poziomie i sam w sobie jest unikatowy. Pomimo tego mam kilku swoich ulubieńców, do których wracam najchętniej. Jednym z nich jest drugi singiel promujący album, czyli Fear – numer rozmarzony, wręcz kosmiczny i oniryczny, o przepięknym „rozciągniętym” refrenie, w którym wokal Poli balansuje na granicy szeptu. Kolejną fantastyczną pozycją jest No More, czyli jedyny featuring umieszczony na płycie. Udziela się w nim islandzki zespół Slowsteps i może właśnie dzięki temu No More ma w sobie pewien chłód, który – paradoksalnie – świetnie zgrywa się z rytmiczną i taneczną melodią. Żywszym tempem poszczycić może się także Carousel, choć zaczyna się całkiem niepozornie, by w następnych sekundach obrać inny kierunek.
Krążek dobrze odzwierciedla sama jego okładka. Muzyka na Anywhere But Here to zgrabne manewrowanie pomiędzy prawdą a iluzją, realnością a snem. Postać dryfująca w mętnej, przymglonej wodzie dobrze ilustruje stan – rozmarzenie, błogość, zaduma – który krążek u słuchacza wywołuje. A jeśli raz zasmakujecie owego stanu i zjawiskowej muzyki Poli Rise, będziecie do nich wracać niejednokrotnie.
Zawsze cieszą mnie debiutanckie płyty polskich młodych zdolnych, które są wysokich lotów. Pola Rise i jej dzieło Anywhere But Here potwierdzają świetną kondycję polskiej sceny muzycznej i stanowią jej nadzieję. Artystka nagrywała płytę podczas podróżowania dookoła świata, czyli m.in. w Nowym Jorku, Londynie, Oslo czy Seulu. Nic zatem dziwnego, że omawiany album stoi na światowym poziomie. Swoją drogą, jeżeli ktoś na starcie kariery wydaje tak genialny album, to aż strach pomyśleć, jak będą wyglądały dalsze poczynania Poli. Ale nie wybiegajmy jeszcze w przyszłość. Zamiast tego zasłuchujmy się w Anywhere But Here, bo naprawdę warto.


