Loreen – Ride (2017), recenzja Christiana Cieślaka

0
316

Każdy wokalista można dokonywać w ciągu swojej kariery wiele stylistycznych volt. Od zmiany koloru włosów, po zmianę gatunku muzyki, którą chce się aktualnie wykonywać. Jednak kiedy pięć lat temu szwedka Lorine Zineb Nora Talhaoui znana bliżej jako Loreen wygrywała Eurowizję w Baku, w stolicy Azerbejdżanu, zupełnie nie podejrzewałem, że może dokonać nie tyle wizerunkowej zmiany, co prawdziwej artystycznej transformacji. Ride to niezwykła muzyczna jazda na gapę, którą chciałoby się przeżywać wiele razy i za każdym co raz bardziej.

Co się tyczy moich ogólnych wrażeń, to mogę powiedzieć, że Ride jest dobrym albumem i z całą pewnością jego tytuł oddaje atmosferę tworzoną przez wszystkie utwory na nim się znajdujące. Osobiście nie sądziłem, że obok filmów drogi i książek, gdzie podróż jest głównym elementem, można być wstanie oddać ten niepowtarzalny, wręcz filozoficzny niekiedy nastrój za pomocą muzyki, a Loreen udało się bardzo dobrze. Oczywiście poza tym muzycznym wyjaśnieniem tytułu jej drugiego (!) albumu, wydaje mi się, że to jasny sygnał dla jej fanów. Debiut szwedki miał miejsce ponad pięć lat temu, a jak wiadomo w muzycznym muzyce XXI wieku to prawdziwa wieczność, gdy co po niektórzy artyści potrafią wydawać je każdego kolejnego roku. Te pół dekady było prawdziwą przejażdżką dla Loreen, gdzie nic poza jej pojedynczymi utworami nie ujrzało światła dziennego, co z pewnością może być traumą dla każdego aktywnego artysty. Samochód jedzie, nie można się zatrzymać, a otwarcie drzwi grozi śmiercią, co w tym przypadku może oznaczać zakończenie kariery. Takie właśnie były te ostatnie lata dla jednej z najbardziej rozpoznawalnych zwyciężczyń Eurowizji w historii. Dopiero zmiana auta na BMG, przyniosło dotarcie do mety i finalne wydanie długo oczekiwanego albumu.

Wracając jednak do konkretów, tak jak już wspomniałem we wstępie, to nie jest kolejny taneczny album prosto ze szwedzkiej fabryki muzyki. Ride to zupełne przeciwieństwo skandynawskiego popu, oferując nam porządny kawałek pop-rockowej muzyki z inspiracjami sięgającymi do lat 80. Ride to dziecko enigmatycznej atmosfery towarzyszącej zespołowi Eurythmics, melancholii Lany Del Rey oraz muzycznego dynamizmu Roxette oraz wcześniej wspomnianego Eurythmics. Dla fanów dotychczasowej twórczości Loreen z pewnością może to być szok. Dla tych którzy nie mieli do tej pory większej styczności z twórczością zwyciężczyni Eurowizji będzie to miłe doznanie.

Zagłębiając się w każdy utwór z osobna, najbardziej do gustu przypadły mi trzy, choć i tak trzeba pamiętać, że cały album jest ciekawym muzycznym doznaniem. Po pierwsze, ’71 Charger. Bardzo dobrze dobrany singiel, bo nie tylko wpasowuje się w dość mroczną aurę całego Ride, ale i jest swoista fuzją między tym czego mieliśmy przyjemność słuchać wcześniej od Loreen, a tym co oferuje nam dziś. Poza tym ’71 Charger pełni rolę magnesu dla jej nieco mniej zagorzałych fanów, którzy z pierwszym dźwiękiem będą mogli mieć wrażenie, że to stara dobra Loreen, a tu niespodzianka – kolejne utwory są zupełnie inne, niż to co nasza Szwedka miała do zaoferowania do tej pory.

Po drugie, I Go Ego. Początkowo ten utwór zdawał mi się nieco chaotyczny, ale z czasem stał się najciekawszą i najbardziej awangardowym utworem na płycie. Brzmienia saksofonów nadają tej piosence niezwykłej dyskotekowej melancholii z którą kojarzy mi się właśnie twórczość Annie Lennox oraz Davida Stewarta. Natomiast moim ulubieńcem został Heart on Hold, czyli w sumie typowa pop-rockowa piosenka w twórczych standardach XXI wieku. Klimatyczny, dynamiczny i niebezpieczny, jak nocna jazda samochodem po polskich bezdrożach.

Nowa Loreen jest równie intrygująca jak ta sprzed pięciu lat. I chociaż wydaje mi się, że niektórzy fani mogą mieć jej za złe tak diametralną zmianę jakiej dokonała przy powstawaniu Ride, to myślę, że podążanie wybraną przez siebie drogą zaowocuje w przyszłości szacunkiem w oczach tych, którzy teraz psioczą na to, było nie było, świetne wydawnictwo. Co by nie mówić i pisać, biorę płytkę Ride i w świetle księżyca jadę w siną dal porozmyślać nad przemijającym życiem.