Enej – Folkhorod (2012), recenzja Marty

Od samego początku nie rozumiałam boomu na muzykę Eneja. Owszem polsko – ukraińska formacja wygrała Must Be The Music i szturmem weszła na polski rynek, jednak ich muzyka tak naprawdę nie prezentowała jakiegoś wysokiego poziomu. Była czymś innym, świeżym i tego potrzebował ciasny muzyczny, polski światek. Wszystkie ich single były idealnie dobranymi radiowymi hitami, które potem zostawały przebojami wiosny, lata, roku itp. Słuchając ich trzeciego krążka Folkhorod starałam się odkryć ich fenomen i rozwiązać zagadkę ich popularności. A oto krótkie wyniki moich muzycznych poszukiwań.

Enej ze swoim folkowym ogrodem (tak można tłumaczyć tytuł ich płyty)  to swoista dawka skocznych rytmów, ciekawych brzmień i różnorodnego akompaniamentu. To numery wesołe, chwytliwe i zapadające w pamięć. Mamy tutaj utwory w języku polskim i ukraińskim, mamy porywające do tańca kawałki jak również te nieco wolniejsze. Jest bogato w wersji muzycznej i ubogo  pod względem tekstów. Tak oto Enej zaprezentował nam album, który jest pełen sprzeczności i który trudno jednoznacznie ocenić. To krążek, który przyciąga energicznymi brzmieniami, ale też szybko się przejada.

Na pochwałę zasługuje różnorodność i bogactwo zaserwowanych nam dźwięków. Folkohorod to zabawa dźwiękami i formą. I chociaż cały mix dźwięków może nieco przytłaczać słuchacza to album ten jest stworzony do dobrej zabawy. Enej pokazał, że potrafi bawić się brzmieniami i ich orientalność jest całkiem miła dla ucha. Słychać mandolinę, skrzypce, cymbały, saksofony, akordeon, flety, gitary, sekcję dętą także jest to bogata  gama brzmień.

Niewątpliwym atutem płyty są wszystkie szybkie i skoczne numery (Skrzydlate ręce, Tak smakuje życie, Lili czy Symetryczno–liryczna). Wpadają w ucho i porywają nas do tańca. Nieco gorzej wypadają ballady. Wokal lidera grupy jest po prostu przeciętny, nie magnetyzuje i nie przyciąga (Żyje się raz, Oj pishov ja u Dany). Płytę ratuje fakt, iż w zdecydowanej części przeważają właśnie te skoczne kawałki.

I tak mimo wszystko na całej płycie najlepiej wypadły single. Potencjalnych kandydatów na kolejne radiowe hity raczej brak.  Skrzydlate ręce i Tak smakuje życie zapewne przez następne lata będą idealnie wpasowywać się w weselne klimaty, a także we wszystkie potańcówki i biesiady. Na pewno jeszcze długi czas będę puszczane w radiu.

Najsłabiej krążek wypada tekstowo. Ale skoro Enej proponuje nam swoisty zestaw do zabawy to nie powinniśmy oczekiwać w nich przesłania i głębokich przemyśleń. A więc teksty są zwyczajne, banalne i nieco tandetne. Jak chociażby w Symetryczno–liryczna… poznam cię z miłością naturalną, niedotykalną i nieprzewidywalną…” , czy „zdecydowanie wolę jak tracę kontrolę” Ot, ażeby się rymowało i można było łatwo zapamiętać, ucieczka w nieco częstochowski rymy.

Obecność Wozzo i Tomsona z Afromental w jednym z kawałków (United) jest totalną pomyłką i gryzie się z całą koncepcją albumu. Mocne rockowe brzmienia odstają od całej muzykalności albumu i zwyczajnie nie pasują do niego. W dodatku goście ni to śpiewający ni rapujący, ni recytujący nijak mają się do lidera zespołu. Lepiej by było, gdyby ten numer nie pojawił się na płycie. Do tego mamy także jeden cover Cykady na Cykladach, który zdecydowanie wolę w oryginale. I mimo swoich lat brzmią o wiele lepiej. Widocznie zadziornego głosu Kory nie da się przebić.

Piosenki, które zapadły mi w pamięć to Lily, nieco głupkowata Symetryczno – liryczna (cel rymowania osiągnięty) oraz dwa single (zapewne, dlatego iż są to ostatnie radiowe hity, które puszczają przynajmniej trzy razy dziennie). Reszta to kawałki do przesłuchania, potańczenia, szaleństw pod sceną na koncercie i niestety do zapomnienia. To taka folkowa propozycja dla przeciętnego radiosłuchacza.

Fenomen Eneja do tej pory pozostaje dla mnie tajemnicą. W porządku. Numery są skoczne, melodyjne i łatwo wpadają w ucho. Ale czy tylko to jest podstawą do stania się hitem? Najwidoczniej tak (odsyłam do mojego felietonu odnośnie letnich hitów, bo wydaje mi się, że Enej działa na podobnych zasadach). Kawałki idealnie nadają się do polskich stacji radiowych, które serwują nam całą masową papkę. Nic poza tym.

Folkowy Ogród przepełniony jest folkowym brzmień do takiego stopnia, iż jest go zwyczajnie za dużo. W zupełności wystarczyłoby tylko kilka numerów. Powiedziałabym, że zrobiła się z tego biesiadna płyta, dlatego też ciężko będzie mnie zachęcić do sięgnięcia po ich kolejny album. Mamy tutaj mix pomysłów, stylów i całej reszty przez co człowiek może się pogubić. Jedno jest pewne, że jest to miła odmiana od łzawych lub wręcz landrynkowo – różowych piosenek o miłości. To album zdecydowanie do tańca i idealnie może poprawić humor swoimi wesołymi melodiami.

Po kilkakrotnym przesłuchaniu albumu nadal mam mieszane uczucia. Z jednej strony potrzeba takiej odskoczni od muzycznej papki serwowanej nam przez media z drugiej mam wrażenie, że Enej nieco przesadził i sam pogubił się w swojej różnorodności. W myśl zasady co za dużo to niezdrowo raczej Eneja słuchać będę tylko okazjonalnie (czyt. wesele, festyn, czy radio w pracy ;)) Kolejna ich płyta? Możemy śmiało przypuszczać jaka będzie aczkolwiek chciałabym się miło zaskoczyć, jeżeli już zdecyduję się po nią sięgnąć.

Czytaj również