Grupa happysad chyba uwielbia klubowe koncerty. Co roku, gdy przychodzi jesienny okres, gdzie rozpoczynamy występy pod zamkniętym dachem, zespół odwiedza niemal całą Polskę, aby raz po ra,z zaprezentować to nowe, to starsze utwory. Tak też stało się w czwartkowy wieczór w warszawskiej Stodole, gdzie grupa ponownie przedstawiła nam materiał z najnowszego krążka, ale także przypomniała o tym, co znalazło się na ich dyskografii kilka, a nawet kilkanaście lat temu.


Na samym początku niezmiennie wysłuchamy krótkiego intro, zatytułowanego -1, pochodzącego z najnowszego długogrającego wydawnictwa Ciało Obce. Następnie pojawił się tytułowy utwór w towarzystwie Idę, kolejnej kompozycji z nowego krążka. Później już mieszanka długoletniej przestrzeni wiekowej, po której porusza się zespół i przyszła kolej na świętowanie dziesięciolecia wydania krążka Nieprzygoda.





Jest to trzecia w karierze płyta spod znaku happysad. Lekko ponad miesiąc temu minęło dokładnie 10 lat od kiedy usłyszeliśmy ją w całości. Z tej okazji grupa utuliła nasze uszy takimi utworami jak Milowy Las, Styrana, Damy Radę, Jałowiec, czy Długa droga w dół. Trzeba przyznać, że to właśnie ten moment wprawił publikę w najlepszy nastrój i cofnął wszystkich o te kilka lat, kiedy brzmienie grupy happysad było kompletnie inne.





Do końca głównej części koncerty wsłuchiwaliśmy się na przemian w najnowsze oraz trochę starsze kompozycje jak Wpuść Mnie, Na ślię, Do krwi, Powódź dekady, czy pierwszy singiel promujący Ciało Obce, jakim jest Nadzy na mróz. To właśnie ten utwór zakończył tą część koncertu. Jednak jak to bywa podczas występów happysad, czekały nas jeszcze dwa bisy. Pierwszy z nich złożony z utworu, który zdecydowanie uspokoił atmosferę – Medellin. Później pojawił się również Tańczmy, które odwróciło klimat o 180 stopni. Jednak drugi bis kierował nas do jednego podsumowania koncertu.





Pomimo, że podczas występu pojawią się stare kawałki, przy których reakcja publiki mówi sama za siebie – skakanie, wykrzyczenie każdego słowa, to koncert nie jest już taki jak dawne happysad. Finalna Heroina potwierdza fakt, że grupa tworzy teraz coś zdecydowanie innego, bardziej ambitnego, jednak też o wiele bardziej spokojnego. Podsumowanie może być jedno – jeśli przyjdziecie na koncert happysad nabawić się zakwasów i siniaków oraz zdartego gardła, może pozostać Wam tylko zdarte gardło. O ile w ogóle zasięgnęliście na prawdę dobrego wydawnictwa Ciało Obce.
Przy okazji taki mały PS. – brawa dla pana świetlika. Wizualnie przedstawienie muzyki było, czymś, co wypełniło jakiekolwiek braki.







