J Sutta – I Say Yes (2017), recenzja Christiana Cieślaka

1
143

Wróćmy pamięcią do kwietnia 2005 roku. Zespół The Pussycat Dolls z przytupem wszedł na swoich szpilkach w muzyczny biznes z nieśmiertelną do dziś piosenką Don’t Cha. Dwanaście lat później, wszystkie panie, które uczestniczyły w powstawaniu tego przeboju, po zakończeniu działalności zespołu, poszły swoją własną muzyczno-taneczną drogą. Jak się wszyscy pewnie domyślacie, żadnej z nich, no może poza Nicole Scherzinger (choć mam inne zdanie na ten temat), nie udało się zawładnąć masową wyobraźnią tak, jak twórczość The Pussycat Dolls. J Sutta wraz ze swoim krążkiem I Say Yes tej tendencji nie zmieni. Ona mówi „tak”, a ja zasypiam przed ołtarzem mojego komputera. Czemu?

Mówiąc wprost, album I Say Yes to w praktyce jedna wielka piosenka. Każdy z utworów brzmi jak nieco przerobiona wersja tego poprzedniego. Dodatkowo, wokal J Sutty jest równie jednostajny, co jeszcze bardziej uwydatnia melodyjną monotonię tego albumu. Czy to źle? To zależy czego szukamy. Jeśli oczekujecie melodii wprost z pierwszego lepszego klubu i nie liczycie na ciekawą warstwę tekstową, to jest to płyta właśnie dla was. Jeśli oczekujecie zaś utworów świeżych i niespotykanych na skale intergalaktyczną, poszukajcie sobie czegoś innego.

I właściwie mógłbym tutaj zakończyć moją recenzję, ale pomimo takiego charakteru tej płyty, to jednak na I Say Yes znajdują się tylko albo aż trzy utwory główne większej uwagi. Po pierwsze Shame z gościnnym udziałem równie anonimowego dla muzycznego świata Liama Horne’a. Piosenka przyjemna, zdecydowanie inspirowana twórczością Ciary oraz stylem innych wokalistek muzyki R&B. Po drugie, Can’t Take No More z udziałem Willa Petersa. Najbardziej dynamiczna propozycja na płycie. I po trzecie, Sunday Island, którą z całą pewnością mogę określić najlepszą piosenka na albumie, ale tylko dlatego, że jest zupełnie inna od pozostałych. Dodatkowo, wokal J Sutty idealnie pasuje do tępa i niedzielnego nastroju tej piosenki. Lubię ją, ale nie kocham.

Co do wspomnianej melodyjnej jednostajności, to pomimo tego, nie mogę mieć do niej zastrzeżeń. Są to dobrze wyprodukowane dźwięki, przy których bez żadnych oporów można potańczyć w byle jakim klubie. Natomiast od razu po zejściu z tego rozgrzanego parkietu, zupełnie o nich zapomnimy, bo przecież na dyskotece się tańczy, a nie słucha muzyki, to się robi w domu, co najwyżej na koncercie. Mając jednak na uwadze to „słuchanie w domu”, bo nie sądzę by J Sutta kiedyś przybyła do naszego cudnego kraju, to I Say Yes jest po prostu nudne. W istocie żadna z piosenek nie jest na tyle fantastyczna, aby dręczyć nią naszych ukochanych sąsiadów. Tak samo jest w drugą stronę, żaden z piętnastu utworów nie jest na tyle zły, by zakopać cały album gdzieś w pobliżu jądra ziemi, by nikt nawet nie próbował go wydobyć po kilkunastu latach.

Wracając do wątku jednej wielkiej piosenki, to myślę, że gdyby wyprodukować fajne przejścia pomiędzy nimi i rzeczywiście złączyć je w jeden utwór trwający dobrą godzinę, to I Say Yes byłby zdecydowanie bardziej ciekawszym projektem, niż kolejna banalna i trywialna klubowo-popowa płyta z piętnastoma utworami na trackliście. Co prawda, do rekordu Guinnessa za najdłuższą oficjalnie wydaną piosenkę by jej trochę zabrakło, bo ponad dwie i półgodziny, to jednak widzę szanse w tej kategorii dla J Sutty i jej twórczości. Oczywiście jeśli jeszcze główny producent tej płyty, czyli Rico Love, który również wystąpił w tytułowej piosence albumu – I Say Yes, będzie zainteresowany dalszą współpracą, jeśli sama artystka nie da sobie do tej pory spokoju z muzyczną karierą.

I Say Yes to tysięczny produkt muzycznego przemysłu. Przeciętny, typowy, wycelowany by spodobał się wszystkim, przez co nie podoba się w sumie nikomu. Pomimo dobrej produkcji, album po prostu jest i nic więcej, a J Sutta – zdolna, ale leniwa.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena końcowa
5
Poprzedni artykułUtwór Tygodnia 221 (30.10. – 05.11.)
Następny artykułLinkin Park w hołdzie Chesterowi
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.
j-sutta-i-say-yes-2017-recenzja-christiana-cieslakaWróćmy pamięcią do kwietnia 2005 roku. Zespół The Pussycat Dolls z przytupem wszedł na swoich szpilkach w muzyczny biznes z nieśmiertelną do dziś piosenką Don’t Cha. Dwanaście lat później, wszystkie panie, które uczestniczyły w powstawaniu tego przeboju, po zakończeniu działalności zespołu, poszły swoją własną...

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.