My Sad Captains – Sun Bridge (2017), recenzja Katarzyny Jęckowskiej

0
148

My Sad Captains to zespół pochodzący z Wielkiej Brytanii. Grają muzykę z pogranicza alternatywy, indie rock, synth i dream popu. Nazwa grupy pochodzi od tytułu zbioru poezji autorstwa Thomsona Gunna.

My Sad Captains

Sun Bridge jest czwartym krążkiem w dorobku brytyjskiego zespołu, który nagrał go w odświeżonym składzie. Ed Wallis i Dan Davis są na pokładzie od początku działalności grupy. Leon Dufficy zastąpił gitarzystę Nick’a Gossa, z kolei przy perkusji zamiast Jim’a Wallisa zasiadł Ben Walker. Zmiany w ekipie zaowocowały bardziej hipnotyzującymi i refleksyjnymi nagraniami. Wskazuje na to sama nazwa płyty, która zawdzięcza swoją nazwę zjawisku odbijania się światła słonecznego w tafli spokojnego jeziora. Jak napisali chłopaki, odbicie tworzy wówczas coś w rodzaju mostu, czyli właśnie Sun Bridge.

Powiem szczerze, że nie mogłam znaleźć się doczekać premiery nowej płyty, bo My Sad Captains oczarowali mnie swoją wrażliwością. Nowy album różni się nieco stylistycznie w porównaniu z poprzednimi. Best Of Times wydany w 2014 roku wydaje się być bardziej dynamiczny i wyrazisty. I przyznam, że uwiódł mnie brzmieniem gitary, zwłaszcza w kawałku Goodbye. Na Sun Bridge aranżacje inspirowane są naturą, trochę jakby z pogranicza jawy i snu. Pojawia się kilka utworów w wersji instrumentalnej. Jest to świetna propozycja na jesienne dni.

Całość otwiera Early Rivers, instrumentalna zapowiedź tego, co znajduje się na płycie. Utwór wprowadza magiczną atmosferę, dźwięki są kojące i uspokajające.

Kolejny na playliście jest singiel promujący album – Everything At The End of Everything. Został on zaaranżowany w stylu charakterystycznym dla dotychczasowych utworów Brytyjczyków. Piosenka jest dynamiczna, a energii nadaje jej perkusja. Nie można oprzeć się pokusie, żeby potupać nogą. Do Everything At The End of Everything powstał także teledysk. Jest to bardzo minimalistyczna a zarazem wymowna produkcja, w której główne role grają malutkie figurki. Klip wydaje się być metaforą przemijania i zmienności świata.

Kolejny utwór, Destination Memory początkowo emanuje spokojem, wycisza negatywne emocje. Na pozór monotonny motyw gitarowy zdaje się nabierać mocy i rozwijać w chwili pojawienia się partii wokalnej. W niektórych momentach brzmienie gitary wnosi tu szczyptę orientu. Kompozycja jest przemyślana, a każde kolejne przesłuchanie pozwala zwrócić uwagę na nowe detale. Przyznam, że stała się jedną z moich ulubionych.

Jeśli już wspominam o utworach, które zawładnęły moim umysłem, to nie mogę zapomnieć o Don’t Listen To Your Heart. Bardzo melodyjne i pogodne gitarowe intro świetnie łączy się z nieco rozmarzonym wokalem. Przywołuje mi to skojarzenia z muzyką z lat 60. I choć może w tym kawałku nie ma czegoś rewolucyjnego, to jednak dzięki swej prostocie wpada w ucho.

Wintersweet jest kolejną instrumentalną propozycją od My Sad Captains. Słychać tutaj inspirację naturą, podobnie jak w Early Rivers. Utwór ma ciekawą fakturę, a synth popowe brzmienia są bardzo odprężające.

Curtain Calls, New Sun i ostatni na playliście Relive to kolejne utwory, których stylistyka oscyluje gdzieś pomiędzy teraźniejszością a przeszłością. Wokal i gitara są jakby zaczerpnięte z piosenek z lat 60, a okraszają go delikatne dźwięki syntezatora. Słychać to zwłaszcza w ostatnim utworze.

Muszę przyznać, że Sun Bridge to prawdziwa perełka. Kilka prostych melodii, które czarują i hipnotyzują słuchacza. Pobudzają wyobraźnię i pozwalają się zrelaksować. Mogę śmiało stwierdzić, że album stał się dla mnie antidotum na jesienną chandrę. My Sad Captains są po prostu kapitalni.