Paulina Przybysz – Chodź tu (2017), recenzja Pawła Markiewicza

Dla jednych będzie to Pinnawela, dla drugich Rita Pax, a dla pozostałych po prostu Paulina Przybysz. Wokalistka, która pomimo wielu twarzy niezmiennie utrzymuje się na rynku muzycznym i zaskakuje słuchaczy. Po sześciu latach przerwy artystka zdecydowała się oddać w ręce fanów trzeci studyjny album sygnowany jej prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Tytuł płyty, nie powiem brzmi zachęcajaco – Chodź Tu – jak każą to idę!

Chodź Tu jest na pewno nie lada kąskiem dla wszystkich fanów muzyki alternatywnej i mniej komercyjnej elektroniki. To wybuchowa mieszanka, która uderzy Was z każdej strony, a kiedy będziecie już leżeć na łopatkach, to dobije Was szczerością. Tak, szczerością, o której śpiewa w otwierającym płytę Saliva, w którym dzieje się wiele – zmiany tempa, zniekształcenia i wzbogacenie elektronicznej warstwy muzycznej pod koniec oraz w znacznie spokojniejszym Papadamy.

Mam wrażenie, że to jeden z najmniej radiowych kawałków,
Ale mam wrażenie, że umiem tylko szczerość, szczerość.

Nim płyta zagościła na półkach sklepów muzycznych, poznaliśmy dwa oficjalne single – Dzielne Kobiety, w którym Paulina Przybysz odwołuje się do idei fenimizmu oraz porusza ważny, wszystkim dobrze znany problem. Bardzo dobrze skonstruowana piosenka, z bogatą produkcją i interesującymi zwrotkami, w których wokalistka rapuje. Prix natomiast to utwór, w którym artystka może pokazać swoje wszystkie możliwości – jest trochę śpiewu, trochę nawijki i recytacji. Jest też odwołanie do jednego z dzieł Stanisława Lema, co można uznać za wisienkę na torcie w całej kompozycji.

Paulina Przybysz pokazała, że prostym, ale emocjonalnym i szczery przekazem można podbić serca słuchaczy. Na kilometr można wyczuć, że tworzenie muzyki dla artystki jest w pewnym stopniu terapią i oczyszczeniem z całego „brudu” świata. Wokalistka nie tylko obnaża się z prywatnych problemów (co zmniejsza granicę pomiędzy nadawcą, a słuchaczami, którzy mogą się utożsamiać z niektórymi tekstami), ale także w pewnym stopniu porusza kwestie, które dotyczą każdego człowieka (np. Drewno).

Do cholery kocham cię za bardzo
żeby mówić te wszystkie rzeczy
z których każda jedna próbuje nas coraz mocniej odczłowieczyć
kłócimy się o coś z dupy a ja, królowa dygresji
będę zmieniać kąt ataku, będę pękać płaczem od presji
kto wymyślił te nasza elokwentna wojnę?
przed chwilą jedliśmy śniadanie, przed chwilą było tak spokojnie

Na wydawnictwo Chodź Tu składają się nie tylko utwory nagrane w naszym ojczystym języku, ale także po angielsku, którymi moglibyśmy pochwalić się poza granicami naszego kraju. Serio. No Entrance, które zaczyna się dość chóralnie tylko po to, żeby po kilku sekundach przemienić się w żywą, rytmiczną i w pewnym stopniu agresywną w refrenie kompozycję, przyprawia o gęsią skórkę. Taki mocno artystyczny bałagan. Z drugiej strony mamy tajemniczą, zalatującą dalekim wschodem piosenkę Kumoi, której produkcji nie można nic zarzucić. Naprawdę. A ten instrumental wyprowadzający z utworu i wprowadzający do krótkiej rozmowy Pauliny z córką – cudo.

Jakiś słaby akcent na płycie? Nie znalazłem. Wszystkie piosenki dopracowane są pod każdym kątem. Nic tu nie zgrzyta, nie skrzypi. Wręcz przeciwnie – wszystko gra jak dobrze naoliwiona maszyna. Chodź Tu jest wydawnictwem konsekwentnie zrealizowanym. Paulina Przybysz przelała swoje serce i przemyślania na papier oraz idealnie wpasowała się w dzisiejsze trendy pozostając przy tym sobą – czyli chodzącą oryginalnością.

Czytaj również