Bleachers – Gone Now (2017), recenzja Piotra Krajewskiego

0
185

Ze słynnymi albumami i utworami jest tak, że zazwyczaj mają wielu ojców sukcesu. Artyści rzadko tworzą je przecież sami. Czasami nie zdajemy sobie sprawy, że za brzmieniem uwielbianych przez nas płyt i kawałków może stać masa osób. Jack Antonoff, mimo że jego imienia oraz nazwiska nadal wielu słuchaczy nie kojarzy, jest odpowiedzialny za wielkie przeboje największych obecnie artystów. Działa on też w zespole Bleachers, który właśnie wydał drugi album. Czy Gone Now jest pełne hitów?

Lista artystów, z którymi współpracował Antonoff może robić wrażenie. To właśnie on jest odpowiedzialny za niemal cały nowy album Lorde Melodrama, wychwalany przez krytyków na całym świecie. Stworzył też utwory dla Taylor Swift, Zayna, Sii, Fifth Harmony, Carly Rae Jepsen czy BANKS. Nie wolno zapominać, że 33-latek to także członek zawieszonego obecnie zespołu fun., który zasłynął wielkimi przebojami We Are Young i Some Nights.

Od kilku lat artysta skupia się przede wszystkim na indie-popowym projekcie Bleachers. Debiutancki krążek Strange Desire z 2014 roku zdobył niezłe recenzje, a Jack dał się poznać jako muzyk z alternatywnym i dość ciekawym spojrzeniem na muzykę popularną. Chwytliwe rytmy, elektronika, syntezatory, powiew lat osiemdziesiątych. Wszystko wymieszane i podane dość przystępnie, ale bez błysku.

Dokładnie tak samo jest z drugim albumem. Czterdziestominutowe dzieło zawiera w sobie mnóstwo dźwiękowych efektów i przebojowych melodii, które sprawią słuchaczom na pewno wiele przyjemności. Problem jest jednak taki, że Gone Now to płyta płaska oraz bardzo nierówna. Nie jest to krążek z gatunku tych, które przesłuchasz od początku do końca i powiesz: wow! Zanim dotrwasz do ostatniej melodii, musisz się trochę pomęczyć z gorszymi momentami. Przeplatają się tutaj bowiem wyjątkowe utwory z kompozycjami nijakimi.

Obecni słuchacze uwielbiają, kiedy pop jest nieprzewidywalny i nietypowy. Połączenie elektroniki, indie, synthpopu oraz new wave wydaje się być więc w dzisiejszych czasach mieszanką idealną. Jest jednak jeden warunek – mikstura ta musi być muzycznie ciekawa, zaskakująca, charakterystyczna. Drugiej płycie Jacka Antonoff czegoś takiego ewidentnie brakuje.

Nie mamy tu do czynienia ze złą muzyką. Amerykaninowi daleko bowiem do tworzenia słabych dźwięków. Wystarczy posłuchać bardzo przyjemnego Goodmorning, emocjonalnego Everybody Lost Somebody, inspirowanego twórczością U2 All My Heroes czy kapitalnego Don’t Take the Money, w którym swoje palce maczała sama Lorde. Antonoff umie nagrywać cuda, ale z drugiej strony jest też w stanie zaprezentować coś bardzo przeciętnego. Zarówno muzycznie, jak i lirycznie. Słodko-gorzkie teksty, opowiadające często o naprawdę trudnych oraz osobistych sprawach, potrafią zmusić człowieka do myślenia, żeby zaraz wprawić w zakłopotanie nad ich faktycznym poziomem.

Entuzjaści brzmienia z lat osiemdziesiątych mogą czuć się dopieszczeni przez 33-latka. Gone Now to sentymentalna podróż do czasów, kiedy królowały neonowe kolory, bufki, jedwabne koszule czy ramoneski. Tęskniący za muzyką tamtych lat mogą z przyjemnością posłuchać pozytywnie wystrzałowego I Miss Those Days czy power-popowego Let’s Get Married, a fani oldschoolowych syntezatorów znajdą ich mnóstwo w Nothing Is U.

Jack Antonoff to fenomenalny tekściarz, kompozytor i producent, który tworzy niezapomniane melodie. Tyle, że na razie chyba nie dla siebie, a dla innych. Mimo że druga płyta jego projektu Bleachers ma spory potencjał, nie zachwyca w pełni. Można stwierdzić, że Amerykanin obrał zbyt wielu kursów w jednym momencie. Czy Gone Now miało być dziełem z gatunku 2w1? Trochę popu, trochę alternatywnych brzmień i wyjdzie kolekcja idealnych kawałków. Cóż, nie tym razem.