Gorillaz – Humanz (2017), recenzja Michała Szuma

1
192

Siedem lat przyszło nam czekać na nowy album Gorillaz, więc zupełnie nie dziwi fakt, że jego premiera owiana była sporą dozą niepewności. Mocna akcja promocyjna i dmuchanie balonika przez branżę, przyniosły efekt w postaci wysoko postawionych oczekiwań, które spełnić mógł tylko album idealny. Przyznam szczerze: Humanz idealne nie jest, ale całkiem niedaleko mu do tego miana.

Sporo mówi się dzisiaj o opuszczaniu strefy komfortu i jak najbardziej popieram ten trend, tyle że robienie z tego rzeczy, którą za wszelką cenę trzeba osiągnąć, może zakończyć się źle. Czasami lepiej jest zostać w swojej bezpiecznej przystani, gdzie wszystko grało i huczało, bo to, tak czysto obiektywnie, jest dla człowieka lepsze. Wydaje się, że tak właśnie powinno postąpić Gorillaz w pewnych momentach nagrywania swego najnowszego dzieła, aby móc mówić o ideale, ale z drugiej strony są to bardzo wybiórcze przypadki.

Humanz nie jest w prawdzie gigantyczną rewolucją i nie wiadomo jakim wyjściem poza kółko komfortu, ale sporo jest na nim kombinowania, poszukiwania czegoś nowego oraz prób łapania świeżości. Świadczy o tym chociażby ilość i różnorodność zaproszonych gości, wśród których znajdziemy m.in. Anthony’ego Hamiltona, Pusha T czy kolektyw De La Soul. Bardzo często wychodzi im to na dobre, ale bywa również tak, że dana piosenka jest już skopana na etapie produkcji i wtedy nawet najwybitniejszy featuring nie jest w stanie pomóc.

Skoro wywołałem wilka z lasu, to pora sprostać mu czoła i powiedzieć co na Humanz nie wyszło. Przede wszystkim przyczepiłbym się do dwóch utworów, które zupełnie odstają od reszty i ich zasadność na krążku wydaje się wątpliwa. Pierwszym z nich jest oderwane od wszelkiego kanonu Momentz, w którym nie istnieje coś takiego jak linia melodyczna, beat jest bardziej tłusty niż nuggetsy w obskurnej budzie z fast foodami, a irytujące „chórki” w połowie piosenki drażnią bardziej niż pisk drapanej tablicy. Trzy minuty i szesnaście sekund wyjęte z życia.

Drugim takim momentem jest natomiast przedostatnie w kolejce Hallelujah Money. Nie będę się rozwodził nad tym jak bardzo zmieszany czułem się słuchając pseudo-wypolerowanego wokalu, połączonego z dziwnie brzmiącą elektroniką i drażniącą swą nieregularnością warstwą rytmiczną, więc po angielsku utnę temat negatywów i skupię się tymczasem na plusach, bo tutaj jest sporo pola do popisu.

Przede wszystkim podkreślę to, co osobiście bardzo lubię, czyli sporą różnorodność tempową. Płyta jest bardzo żywa, skoczna, momentami nawet szybka, lecz nie brakuje na niej fragmentów, które z powodzeniem można odpalić w samochodzie wieczorową porą, aby w spokoju cieszyć się pustymi drogami. Tu należałoby przywołać takie tytuły jak Saturn Barz, Submission, Busted and Blue czy Carnival. Na tym poziomie także widać tę wspomnianą odmienność, bo np. pierwszy z wymienionych utworów to raperski popis Popcaana, ale już kolejne Submission to przede wszystkim cudownie brzmiące partie artystki o pseudonimie Kelala.

Nieco z innej beczki, choć równie dobry, jest utwór Charger. Oparty jest o ciekawy koncept, w którym główną rolę gra zapętlony riff gitarowy. Brak w nim ewidentnego podziału na zwrotkę, refren czy mostek, co jeszcze bardziej podkreśla nietuzinkowy charakter kompozycji. To właśnie ten fragment jest dobrym przykładem na dobre eksperymentowanie.

Innych ciekawych przykładów można by oczywiście wymienić jeszcze parę, ale myślę, że każdy, kto jest choć trochę zaznajomiony z twórczością Gorillaz, znajdzie coś dla siebie. Dla mnie creme de la creme całego krążka stanowi piosenka She’s My Collar. Bardzo żywy bit, ciekawie brzmiąca elektronika i ciągnący się jak ser głos Albarna sumują się do obrazu niezwykle luzackiej kompozycji, która ani na chwilę nie chce zwolnić. Dodając do tego żeńską wstawkę w postaci wokalu niejakiej Kali Uchis, otrzymujemy bardzo przyjemny utwór z radiowym potencjałem.

Przyznam szczerze, że początkowo nie byłem przekonany do Humanz, jednak z biegiem czasu i z każdym kolejnym przesłuchaniem, moje zdanie zmieniało się z jednej skrajności w drugą skrajność. Dziś uważam, że jest to drugi najlepszy krążek w dyskografii wirtualnej grupy (bo Demon Days wciąż pozostaje #1).

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.