Incubus – 8 (2017), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

0
279

Grupa Incubus w zeszłym roku obchodziła 25-lecie swojego istnienia na światowych scenach muzycznych. Jednak to dopiero teraz, po sześciu latach przerwy pojawił się ich ósmy, jak na tytuł przystało, krążek w karierze. Czytając pierwsze informacje dotyczące producentów albumu, a dokładniej roli Skrillexa w jego finalnej wersji, można było spodziewać się czegoś całkiem zjawiskowego. Ale czy po niespełna 30 latach grupa jest w stanie zaprezentować nam jeszcze coś zaskakującego?

Można stwierdzić, że typowych zaskoczeń na krążku 8 nie znajdziemy. Jednak grupa Incubus potrafiła nadal utrzymać swój nietuzinkowy charakter, który nadali swojej twórczości lata temu. Na płycie znajduje się 10 zupełnie nowych utworów plus kilkudziesięciosekundowe nagranie, które delikatnie rozdziela album na dwie osobne części. Rozpoczynając od numeru jeden tracklisty natkniemy się na No Fun, gdzie od samego początku słychać mocno rockowe gitarowe riffy, a zaraz potem na czele wysuwa się ten jedyny w swoim rodzaju wokal Brandona Boyda. Następnie słyszymy singlowe Nimble Bastard. Dzięki temu nagraniu jeszcze przed premierą płyty było wiadomo, że Incubus nadal są w formie. Nieco bardziej spokojne, a zarazem melodyjne State of The Art sprowadza nas do tych najlepszych czasów Incubus, którzy potrafią wycisnąć z utworu każdy możliwy dźwięk do samego końca.

Glitterbomb jest idealnym odzwierciedleniem swojego tytułu. Z jednej strony spotykamy się z siłą spadającej bomby, z drugiej barwne i mieniące się jak brokat dźwięki. Utwór będący czymś pomiędzy delikatnością ballad rockowych w zwrotkach i mocy płynącej z refrenów. Podobnie dzieje się w następcy utworu, a mianowicie Undefeated. Kończąc pierwszą „część” płyty wsłuchujemy się w niesamowicie klimatyczne Loneliest. Szczerze mówiąc, wtedy przypominam sobie występ Amerykanów podczas Orange Warsaw Festival 2015 i wykonanie Here In My Room. Brandon Boyd w utworze Loneliest swoim wokalem potrafi dotknąć najgłębszych części naszych uszu… i nie tylko. Brzmienie tych utworów w całości to w dużej mierze właśnie zasługa Boyda. Później przychodzi już tylko pora na When I Became A Man – którego najlepiej jeśli posłuchacie sami i we własnych głowach zastanowicie się co autor miał na myśli.

Wisienką na torcie albumu 8 jest zdecydowanie Familiar Faces. Idealne połączenie dawnego stylu Incubus wraz z delikatnie nowym brzmieniem i produkcją. Love In A Time Of Surveillance najbardziej zachwyca agresywnym basem. Tym samym kompozycja sięga do grunge’owych zagrywek gitarowych i jest jednym z najmocniejszych utworów na 8. Refren pozwala nam zanurzyć się w dźwiękach, których w obecnych czasach trzeba szukać jak igły w stogu siana. Make No Sound In The Digital Forest jest dość psychodelicznym instrumentalem wprowadzającym słuchacza w ostatnią kompozycję na krążku, a mianowicie Throw Out The Map. Jak na zamknięcie albumu przystało Incubus zafundował naszym uszom kolejną dawkę gitar, niczym rodem z Soundgarden. O ile zwrotki są tutaj względnie spokojne, o tyle riff gitarowy rozpoczynający kompozycję potwierdza tylko fakt, że Incubus pomimo wielu lat na rynku muzycznym, należy do jednych z najbardziej wyróżniających się rockowych zespołów.

Trzeba przyznać, że pomimo iż grupa ma już chyba za sobą ten najlepszy czas, to nadal są w stanie przyciągnąć uwagę wiernych fanów ciekawymi rozwiązaniami, a tym samym starają się zatrzymać w brzmieniu trochę dawnych dźwięków. Album 8 może nie należy do odkrywczych, ale zdecydowanie warto pozostać z nim trochę dłużej.