Sztuką jest przekazywać ponadczasowe treści, tym bardziej w czasach, gdy po prawdziwej prywatności zostały tylko przekazy ustne, politycy wypowiadają kłamstwo za kłamstwem, a miłość stała się hasłem przereklamowanym. Okazją do posmakowania sztuki o niezaburzonym przekazie, był sobotni koncert grupy Lao Che w gdańskim Starym Maneżu.
Muzycy swój występ zaczęli chwilę po 20. Już wtedy wiadome było, że publika będzie dla nich mocnym wsparciem, gdyż ta bardzo ochoczo i żywo przywitała zespół. Następnie praktycznie przez cały czas trwania koncertu tłum skandował spore fragmenty tekstów poszczególnych utworów, a momentami dochodziło do sytuacji, gdzie wokalista Hubert po prostu oddawał głos słuchaczom, którzy idealnie odśpiewywali partie wokalne. Ale tacy fani nie są przecież dziełem przypadku.
To właśnie magia Lao Che sprawiła, że każdy, kto tego dnia pojawił się w Starym Maneżu, nie żałował tej decyzji ani przez minutę. Przekrój odgrywanych kolejno utworów sprawił, że w setliście nie zabrakło miejsca na piosenki z nieco starszych płyt, ale nie obyło się oczywiście bez odegrania dźwięków z najnowszego Dzieciom. W tej materii bezkonkurencyjna okazała się Wojenka, zagrana tego wieczoru jako przedostatnia – w formie bisu. Zakończenie było jednak mocno zaskakujące, bo nie pochodziło z dyskografii formacji, a był to cover piosenki zespołu Izrael. Utwór Nie Poddawaj Się okazał się pięknym podsumowaniem całego występu grupy, a także stanowił pewien przekaz dla publiki. Słowem: perfekcyjne połączenie przyjemnego z pożytecznym.
Na ten obraz występu zjawiskowego złożyło się jeszcze parę innych czynników. Jednym z nich jest perfekcyjna gra świateł, która zgodnie z aktualnym klimatem brzmieniowym, podsycała go albo tonowała – zależnie od potrzeby. W spokojniejszych utworach była to ledwie łuna, lekko dotykająca muzyków, natomiast żywsze kompozycje okraszone były okalającą poświatą, sięgającą swym zasięgiem całą objętość sali.
Wartym podkreślenia jest także bardzo dobre omikrofonowanie instrumentów, dzięki czemu brzmienie było bardzo ciepłe i pozbawione zbędnych szumów. Największe brawa należą się za wykręcony dźwięk perkusjonaliów: rzeczy pukające czyniły swą powinność bardzo czysto, talerze dzwoniły niczym syntetyczne, a stopa była bardzo głęboka i tłusta. Dodając do tego kapitalne partie gitarowe, nieco schowany bas i sporą paletę szeroko rozumianej elektroniki, otrzymaliśmy kwintesencję rockowego brzmienia. Swoje trzy grosze dał tu także Stary Maneż, bo to dzięki świetnej akustyce pomieszczenia można było usłyszeć tak miło brzmiące granie.



