Domowe Melodie zagrały w Gdańsku. Relacja Michała Szuma

Piątkowe wieczory sprzyjają dobrej zabawie przy dźwiękach żywych instrumentów. Niedawno, jedną z trójmiejskich propozycji spędzenia ostatniego dnia roboczego tygodnia, był koncert Domowych Melodii w Starym Maneżu. I choć bywało spokojnie, a momentami nawet mrocznie, finalnie był to bardzo pozytywny koncert.

Widząc jakiś zespół po raz piąty, człowiek powinien już czuć pewien przesyt, zmęczenie czy znużenie na przestrzeni trwania koncertu: w końcu odczuwał już te emocje i słyszał te konkretne dźwięki (z drobnymi modyfikacjami) w przeszłości parokrotnie. Dlatego dużą sztuką jest dawać kolejny występ w taki sposób, aby za każdym razem widz mógł z niego wynieść inne wspomnienia. Niewątpliwie sztuka ta udaje się Domowym Melodiom, gdyż za każdym razem, gdy widzę ich na scenie, na mej twarzy pojawia się uśmiech, a ręce same składają się do oklasków.

Co ciekawe, w występach grupy na przestrzeni lat naprawdę niewiele się zmienia, a mimo to pewne stałe elementy nieodłączne ich koncertom wciąż bardzo mnie bawią. Gdy chłopaki przyodziewają meksykańskie sombrero, a Stachu zaczyna swoją choreografię, od razu wiadomo, że czas na Rio; kiedy pojawiają się zajęcze uszy na głowie Justyny (których w Gdańsku zabrakło, lecz w ich miejsce pojawiło się przebranie świnki wprost od jednej z małych fanek) każdy szykuje się na odśpiewanie Zbyszka; natomiast gdy Kuba chwyta za swą gitarę elektryczną i wygrywa pierwsze rockowe nutki, wiadomo, że czas na Techno. I choć za każdym razem robią to oni w ten sam sposób, to za każdym kolejnym razem jest to przeurocze, sprawia to mnóstwo emocji i radości, a ja ponownie daję się nabrać jak małe naiwne dziecko.

Jeżeli chodzi o setlistę, to także nie ulega ona zbyt wielkiej rotacji, lecz za każdym razem jest to selekcja wybrana w punkt. Tym razem jednak w repertuarze przygotowanym na Gdańsk pojawiła się jedna nowa piosenka – prawdopodobnie zwiastująca trzecią płytę Domowych Melodii. Utwór ten jest swego rodzaju trójkątem emocjonalnym, utworzonym między matką, synem i synową. Standardowo, nie brakuje w niej śmiechu, chodź podobno jest to kompozycja napisana przez „samo życie”. To by się właściwie zgadzało, bo jej treść i sposób wykonania idealnie odwzorowują lekkoduszny image zespołu.

Zespół odniósł się również, oczywiście w stosowny dla siebie sposób, do sytuacji politycznej panującej w naszym kraju. Przyodziewając wojskowe stroje i odśpiewując piosenkę Panie Prezydencie, wydali oni manifest swych poglądów i jasno wyrazili swój sprzeciw. Dla wielu fanów była to jednak spora frajda, bo ten numer na dość spory czas wyleciał z listy koncertowej, dlatego odświeżenie go w tym momencie było po prostu miłym gestem w naszą stronę. Takim miłym gestem był zresztą cały koncert w Starym Maneżu, gdyż tuż po występie nie widziałem na sali ani jednej smutnej buzi, a przecież o to chodzi z muzyce – ma sprawiać radość. Udało się: było domowo i było melodycznie!

Źródło: facebook.com/domowemelodie/

Czytaj również