Milky Chance – Blossom (2017), recenzja Piotra Krajewskiego

0
252

Milky Chance podbili muzyczny rynek hitem Stolen Days, który kilka lat temu grały wszystkie rozgłośnie radiowe na świecie. Niemiecka grupa zachwyciła słuchaczy niezwykle interesującym, bardzo przystępnym połączeniem folku i elektroniki. Czy ich nowy album Blossom to kontynuacja wcześniej przyjętych już rozwiązań?

Okazuje się, że muzycy z Milky Chance postanowili niewiele zmieniać, jeżeli chodzi o muzyczny kierunek. Dalej jest chwytliwie, zaraźliwie oraz przyjemnie. Nowy album to kolejna kopalnia melodii, gdzie królują akustyczne riffy i przystępne bity. Już w otwierającym płytę utworze tytułowym dostajemy – jak na tacy – to, co czeka nas w dalszej części tego dzieła.

Niemieckie trio z Kassel opanowało indie folkowe brzmienie na naprawdę niezłym poziomie. Ich muzyka szybko wpada w ucho, jest dość prosta, ale na pewno nie można nazwać jej banalną. Choć w większości przypadków dostajemy lekkie gitarowe dźwięki, grupa potrafi pobawić się tym instrumentem i wykrzesać z niego dużo mocniejsze, bogatsze brzmienie. Warto przyjrzeć się bliżej chociażby Firebird czy Doing Good, gdzie folktronica stworzona przez Milky Chance zaczyna błyszczeć.

Singlowe Cocoon czerpie ze wszystkiego, co dało grupie hitowe Stolen Dance. Mamy do czynienia z niezwykle podobnym schematem. Oparcie linii melodycznej na gitarze, przystępnym bicie oraz radiowym refrenie – właśnie taka aranżacja cechuje ich poprzednie kawałki. Okazuje się jednak, że tym razem przepis na sukces nie do końca się sprawdził. Mimo że singla słucha się bardzo przyjemnie i ma wszystkie auty na bycie hitem, nie powtórzył on osiągnięcia najsłynniejszego utworu.

Jedno jest pewne. Milky Chance – jak mało kto – wiedzą dokładnie jak powinni grać, aby w ekspresowym tempie wprawiać słuchacza w dobry nastrój. W końcu muzyka to jeden z najsilniejszych bodźców oddziałujących na samopoczucie człowieka. Wystarczy posłuchać Ego, Clouds czy Bad Things z gościnnym udziałem . Słuchacz jest natychmiast atakowany pozytywną energią, a nóżka sama zaczyna tupać. Mieszanina tych optymistyczny dźwięków sprawia, że przed oczami staje nam słońce i iście wakacyjna pogoda.

Pomimo czternastu różnych utworów, album pozostawia nas z dość dziwnym uczuciem. Wykorzystanie podobnych aranżacji sprawia, że większość kompozycji zlewa się zwyczajnie w całość. Niestety, wielu osobom może to przeszkadzać w odbiorze płyty i po prostu nużyć. Stosowanie podobnych schematów przez prawie cały czas nie jest rozwiązaniem dobrym. Powtarzalność to niezbyt dobra rzecz – tym bardziej, gdy mowa o drugim krążku, który dla wielu zespołów jest muzycznym „być albo nie być”. Milky Chance nie grozi raczej porażka, bo mimo obecnej monotonii, ich utwory przynoszą słuchaczowi dużo pozytywnej energii. Ludzie tego potrzebowali, potrzebują i będą potrzebować.

Jestem przekonany, że Blossom zyska dużo więcej plusów przy kontakcie na żywo. Wydaje się, że ten album jest wręcz stworzony pod festiwalowe granie. Proste, ale jednocześnie niegłupie kompozycje powinny z łatwością porwać tłumy na wakacyjnych koncertach. Interesujący wokal Clemensa Rehbeina, który słynie z przyjemnej chrypki sprawdza się w graniu live. Możecie się o tym przekonać na rozszerzonej wersji najnowszego krążka wzbogaconej o sześć dodatkowych akustycznych wersji. Warto ich posłuchać.

Milky Chance i ich drugie dzieło to mieszanka niezwykle chwytliwych, skromnych oraz niewymagających kompozycji. Niemiecka grupa nie otworzyła tym albumem żadnych nowych drzwi. Konsekwentnie skorzystali z wcześniej utartych już ścieżek. Ponownie postawili na radiową przebojowość oraz taneczność. To może się podobać. Niestety, trochę to jednak powtarzalne i mało pomysłowe. Mimo że mają oni spory potencjał, ich muzyka nie daje słuchaczowi nic więcej oprócz prostej przyjemności. Poszerzanie muzycznych horyzontów? Nie tym razem.