Są takie wydarzenia, na które czeka się jak na szpilkach: w dzień koncertu jednego z ulubionych artystów zwyczajnie nie myśli się o niczym innym. Nie inaczej było ze mną i Trentemøllerem – pod skórą czułam, że jego występ w poznańskim Centrum Kultury Zamek będzie prawdziwą petardą i że zapamiętam go na długo. Koncert w ramach trasy Fixion był jednym z najlepszych, na których miałam okazję się pojawić… i pewnie dlatego tak trudno będzie mi go opisać. Mimo wszystko spróbuję przybliżyć Wam choć trochę moich wrażeń, zaś o uchwycenie najlepszych koncertowych momentów zadbała fantastyczna Dominika Mrówczyńska!
Na swoim koncie mam już parę tekstów poświęconych Trentemøllerowi i zawsze pojawia się ten sam problem: jak ująć w słowach jego twórczość i niczego nie pominąć? Ile bym o nim nie pisała, myślę, że się nie da – duński muzyk słynie z wyjątkowego stylu, ciągle eksperymentuje i rozwija swoje brzmienie. Efekt? Bardzo dobra, dopracowana i klimatyczna płyta Fixion, która dla mnie jest jednym z najlepszych albumów mijającego roku. Tym bardziej chciałam usłyszeć, jak nowy materiał sprawdzi się na żywo… choć prawdę mówiąc wiedziałam, że ten koncert będzie wspaniały.
Zanim jeszcze Trentemøller i jego zespół pojawili się na scenie, o nawet udany support zadbał jeden z protegowanych Duńczyka, TOM And His Computer. Piszę „nawet udany”, bo o ile jego EP-ki zapowiadały się bardzo obiecująco, w rozgrzewkowym secie zabrakło mi zdecydowanego, wyrazistego brzmienia. Do poprawy ma również przejścia między szybszymi i wolniejszymi utworami; na plus powiem jednak, że w całkiem niezły sposób wprowadził w klimat koncertu. Utwory Eight Four, Organ czy Girl A Go Go mają ten rodzaj elektroniczno-rockowego pazura, za którym szaleję: myślę, że TOM ma spory potencjał jako producent i na pewno będę miała na niego oko!



Mała przerwa dla nabrania oddechu, Sala Wielka poznańskiego Zamku jeszcze szczelniej wypełniła się publicznością… Punktualnie o 21 na scenie pojawił się Trentemøller ze swoim zespołem: byłam bardzo ciekawa, jaki utwór otworzy ten występ i specjalnie nie zerkałam wcześniej na tracklisty z innych koncertów. Chciałam, by Anders mnie zaskoczył i przyznaję, że mu się to udało – spodziewałam się, że na samym początku usłyszę najświeższy singiel, rytmiczny Complicated lub szybki River In Me, ale zamiast nich zabrzmiał spokojny November. Stanowił piękne, klimatyczne wprowadzenie do tego koncertu, a ciarki można było poczuć autentycznie od pierwszej chwili. Następnie One Eye Open, czyli prywatnie ulubiony utwór Trentemøllera z najnowszej płyty. Gotycko-nastrojowy klimat wprowadził za to Never Fade – szkoda, że tak rzadko słyszymy wokal Andersa i choć może nie jest on wybitny, mógłby być kolejnym, ciekawym eksperymentem w jego twórczości!


My Conviction słuchałam jak zahipnotyzowana – orientalne elementy w tym utworze uważam za jeden z najciekawszych momentów płyty. Z jednej strony nastrojowe i nieco mroczne, z drugiej bardzo zmysłowe: takiego Trentemøllera uwielbiam najbardziej i nie zawiodłam się! Po części „fixionowej” pojawił się utwór z poprzedniej płyty Duńczyka, Lost: instrumentalny kawałek Trails wprowadził nieco więcej elektronicznego rytmu. Doskonale słuchało mi się również innych klasyków, czyli Miss You, Still on Fire czy Vamp – mimo upływu czasu, te utwory wciąż brzmią tak samo dobrze!



Zachwycona nie byłam jednak wykonaniem mojego ukochanego utworu z Fixion – o ile uważam wokal Marie Fisker za ciekawy i ogólnie dobrze go oceniam, Redefine zupełnie jej nie wyszedł. Pozwólcie, że określę to słowami „nie trafiła w dźwięk” ;), ten mały niewypał nie wpłynął jednak na mój odbiór całego koncertu. Zresztą, ten nie do końca udany moment szybko odszedł w niepamięć, kiedy zabrzmiały inne petardy: Complicated, River In Me czy Circuits. Szybkie, energetyczne utwory złagodziło delikatne zakończenie w postaci Moan – ile razy bym go nie słyszała, zawsze brzmi doskonale!



Poznańska publiczność nie wypuściłaby Trentemøllera bez bisu: byłam szalenie ciekawa, jakie utwory wybierze Anders na tę okoliczność. Zachwycił mnie Where The Shadows Fall – słychać w nim mocną inspirację kultowym Falling z „Miasteczka Twin Peaks” i słuchając go, poczułam się naprawdę wyjątkowo. A gdy zabrzmiał Take Me Into Your Skin (pierwszy utwór z debiutanckiej płyty), Trentemøller symbolicznie zatoczył koło między swoją dawną twórczością, a tą obecną. Wspaniałe wykonanie, przy którym tańczyła dosłownie cała Wielka Sala Zamku!
Czy indie-rockowy Trentemøller ma tę samą energię, co elektroniczny? Zdecydowanie tak – choć na Fixion nie znajdziemy już typowo klubowych brzmień, poznański koncert był pełen dobrego, zdecydowanego rytmu. Technopuryści mogli poczuć zawiedzeni ostatnim krążkiem Duńczyka, ale moim zdaniem muzyczne proporcje zostały zachowane. Materiał z najnowszej płyty nie tylko doskonale brzmi na żywo, ale i zgrabnie nawiązuje do poprzednich nagrań; granica między debiutanckim albumem a nowym krążkiem w ogóle nie była odczuwalna.




Czułam, że ten występ będzie dla mnie wyjątkowym przeżyciem i rzeczywiście tak się stało; to była jedna z tych chwil, w której szalało we mnie koncertowe zwierzę, a emocje przeżywało na 1000%. Nieważne, jakie brzmienia akurat ma wokół siebie Trentemøller i jaką ścieżkę wybierze następnym razem: ja kupuję go w każdym muzycznym wcieleniu, bo każde jest doskonałe!


