Kiedy wracasz do regularnego grania po ponad trzech latach przerwy, sytuacja jest o tyle łatwa, że primo: fani są głodni twojej muzy, a secundo – są głodni ciebie i twojej energii. Nie zmienia to jednak faktu, że aby zasłużyć sobie na ich szacunek musisz dać z siebie wszystko, wypluwając na scenie gardło, płuca i parę innych narządów. Na szczęście Pezet jest mądrym gościem i właśnie tą drogą poszedł w trakcie gdańskiego koncertu.
Pochorobowa rekonwalescencja zakończona sukcesem pozwoliła raperowi ponownie złapać za mikrofon w blasku fleszy i reflektorów. Kilka minut po 21, klub B90 zamilkł na przedłużającą się w nieskończoność chwilę, aby następnie wybuchnąć wraz z pierwszymi dźwiękami kawałka Noc Jest Dla Mnie. Mocny perkusyjny początek był zapowiedzią wydarzeń nijak związanych z klasycznymi rurkami z kremem – publiczność ewidentnie była szykowana na solidnego steka wołowego.
Stopień jego wysmażenia spokojnie można ocenić na medium-rare, bo setlista stanowiła swoisty przekrój przez całą dyskografię rapera, która momentami jest mocno wypieczona i wypieszczona, a momentami – krwista i surowa.
Mówiąc o tej pierwszej grupie, nie sposób pominąć takie perełki jak Nie Jestem Dawno, Szósty Zmysł czy Ukryty w Mieście Krzyk. Klasycznie brzmiące perkusjonalia współgrające z głębokim basem wspaniale bujały publiką, wprawiając w ruch ręce na całej sali. Sami artyści bardzo zachęcali do aktywnego uczestnictwa w koncercie, na co tłum niejednokrotnie przystawał. Oczywiście w parze z wymachiwaniami szedł chóralny śpiew praktycznie wszystkich tekstów, co także przyczyniło się do finalnego efektu występu.
W kwestii tych nieco bardziej zadziornych i surowych momentów, Pezet Band miał do zaoferowania takie wystrzały jak Slang 2, Supergirl czy Gdyby Miało Nie Być Jutra. To właśnie tu wymachiwania rękoma stawały się jedynie niewinną zabawą dla grzecznych dzieci, gdyż rytm, mocne bicie i energetyczne podkłady muzyczne praktycznie z automatu wprawiały wszystkie stawy skokowe w ruch. Wielokrotnie powtarzany schemat „góra-dół”, momentami wymykał się spod kontroli i szaleńcze skoki swym zasięgiem obejmowały górne partie sufitu B90 (który w post-stoczniowej hali jest siłą rzeczy zawieszony stosunkowo wysoko). Jednocześnie ilość energii wymieniana na linii scena-publiczność mogłaby spokojnie posłużyć do napędzenia niejednego statku, więc do pełni szczęścia brakowało jedynie dobrej łajby.
Pewnych rzeczy się nie zapomina, więc nawet trzyletnia przerwa nie poskutkowała jakimkolwiek wyjściem z wprawy. Pawłow nazwał to odruchem bezwarunkowym i z czystym sumieniem można tę terminologię przenieść na grunt koncertów Pezeta – on po prostu ma to we krwi. Charyzma, radość z wykonywanej roboty, moc w głosie i do tego liczne wariactwa na scenie, summa summarum dały efekt końcowy – kapitalny występ. Jeżeli tak mają wyglądać wszystkie powroty, to znikajcie dobrzy artyści (chociaż na trzy lata)!


