Pierogi wieczorową porą – relacja Zuzanny Janickiej z poznańskiego koncertu The Dumplings

Uciekali mi już kilka razy, ale w końcu udało mi się ich dogonić. O sprawdzeniu, jak na żywo wypada młody, acz doświadczony zespół The Dumplings, marzyłam od ponad roku. Okazja nadarzyła się 11 listopada, kiedy to Justyna Święs i Kuba Karaś odwiedzili jedną z fajniejszych miejscówek na mapie Poznania – klub SQ. Tak, mogłam być tego dnia wśród rozhisteryzowanych dziewcząt na koncercie Justina Biebera. Ja jednak wybrałam innych młodziaków. I nie żałuję.

Może nawet dobrze się stało, że dopiero teraz spotkałam się na żywo z The Dumplings. Duet powoli odchodzi od wykonywania wielu utworów z No Bad Days, zastępując je piosenkami z płyty Sea You Later, którą uwielbiam, i która w tym roku doczekała się zacnej reedycji. Jej premiera była dla Justyny i Kuby impulsem do ruszenia w jesienną trasę, noszącą tytuł jak jedna z premierowych kompozycji – Kto Zobaczy Tour.

I właśnie ten numer, Kto zobaczy, wybrzmiał wczoraj jako pierwszy. Zanim to jednak się stało, zespół zdążył podpaść publiczności. W jaki sposób? W najbardziej klasyczny – spóźniając się. I to całkiem porządnie, bo ponad dwadzieścia minut. Małym zgrzytem był brak najzwyklejszego słowa przepraszamy ze strony duetu. Początek koncertu, podczas którego usłyszeliśmy kilka nowszych numerów (m.in. monumentalnego Odyseusza, wzruszające Piękne dłonie, hipnotyczne Love i wywołujące ciarki elektro Oddychasz) i dopełniających set niezłych kawałków z debiutu (Shameless, Freeze), był dość sztywny. The Dumplings dawali z siebie ile mogli, lecz dało się wyczuć, że publika nie do końca czuje te kompozycje i nie wie, jak na nie reagować. Przełamaniem bariery dzielącej nas od zespołu było pojawienie się na scenie Tomka Makowieckiego, który wspólnie z zespołem wykonał jedno z moich ulubionych nagrań Justyny i Kuby – przejmujące, chłodne Sama wkracza w pustkę. Obecność wokalisty – znanego z bardzo udanej płyty Moizm, a ostatnio utworu Heartbreakers producenta Daniela Blooma – nie była dla mnie zaskoczeniem. The Dumplings zapowiadali jesienne niespodzianki, a do nich bez wątpienia należą goście, pojawiający się na poszczególnych koncertach trasy. W Poznaniu pojawił się właśnie Tomek (tak na marginesie, wyglądający jak krzyżówka Justina Vernona i Father John Misty), który na scenie ponownie pojawił się przy okazji Coffe and Cigarettes. Podczas występu spojrzałam na ten numer inaczej, i sama zaczęłam się sobie dziwić, że nie zauważyłam wcześniej, że jest on – jak zdradziła Justyna – odświeżoną wersją Technicolor Yawn.

Druga część poznańskiego koncertu Pierogów przebiegła w luźniejszej atmosferze. Największa w tym zasługa chętniej zaserwowanych polskich kawałków. Nie dało się nie zauważyć, że na piosenki napisane w ojczystym języku chyba każdy w klubie reagował żywiej, chętniej wspierając swoim głosem wokalistkę i śpiewając razem z nią takie kompozycje jak Mewy, Kocham być z tobą czy wywołujące najwięcej szumu Nie gotujemy. Ciszej było przy VIF, ale minie pewnie trochę czasu i ten utwór dołączy do grona najcieplej przyjmowanych dzieł The Dumplings na koncertach. Na razie jest zbyt nowy, bo poznaliśmy go dopiero przy okazji październikowej premiery reedycji. Zespół rozwinął ten enigmatyczny skrót (Very Important Friendship), proponując nam kompozycję, którą podkreślają swoją przyjaźń.

I niech trwa ona jak najdłużej, bo nieczęsto mamy do czynienia z debiutantami, którzy w ciągu dwóch lat zbudowali silną markę na polskiej elektronicznej scenie. Świadczy o tym nie tylko wysoki poziom kolejnych nagrań zespołu, ale i koncerty, na które coraz częściej brakuje biletów. Myślę jednak, że w przyszłości The Dumplings powinni częściej popełniać polskie piosenki, a ich występy zaczną być wydarzeniami, z których nikt nie wyjdzie niezadowolony czy nienasycony.

Czytaj również