Barry Gibb – In the Now (2016), recenzja Marty Muśko

1
310

Muzyczne powroty, zwłaszcza wielkich artystów, potrafią być niezwykle ekscytujące i inspirujące. Szereg osobistych tragedii spowodowało, że najstarszy z braci Gibb, lider legendarnego zespołu Bee Gees Barry Gibb postanowił na długie lata zamknąć opustoszałe studio nagraniowe. Dziś jego głównym natchnieniem ponownie stała się rodzina, w dodatku niezwykle umuzykalniona. Tak oto w towarzystwie synów powstał nowy materiał pod postacią In The Now – pierwszego albumu od czasu ostatniej płyty studyjnej Bee Gees z 2001 roku i solowego debiutu artysty sprzed 33 lat.

W trakcie sześćdziesięcioletniej aktywności na scenie, nie mając tu namyśli zwyczajnej koegzystencji, a sześć wieków intensywnych tras koncertowych, sesji nagraniowych oraz artystycznego partnerstwa z wieloma legendami sceny jak Barbra Streisand, Dionne Warwick czy Diany Ross, Barry nagrał jedynie dwa solowe albumy. Być może to czas był głównym winowajcą, który został pochłonięty przez wszystkie tworzone projekty, a może powodem była braterska zażyłość, która dawała każdemu z nich poczucie swobody i komfortu w tworzeniu muzyki, która grała im w duszy. Efekt był oczywisty, razem stali się współtwórcami części historii muzyki. Z bezmiernym talentem, zaangażowaniem i sercem doręczali ją do swoich słuchaczy. W liczbach twórczość Bee Gees przekłada się na 22. płyty studyjne, blisko sto wydanych singli, niezliczone nagrody i wyróżnienia.

null

Przewlekła przerwa między solówką Now Voyager sprzed trzydziestu trzech lat, a ostatnią płytą This Is Where I Came In nagraną z młodszymi braćmi bliźniakami, Mauricem i Robinem, którzy odeszli odpowiednio w 2003 i 2012 roku, skutecznie doprowadziło Barry’ego do utraty ochoty i sił, by zaczynać wszystko od nowa. Czas teoretycznie leczy rany i po wielu latach milczenia, przyszła pora na głęboką refleksję. Barry Gibb wszystkie swoje uczucia, jakich kiedykolwiek doznał w życiu, przelał na papier. Zaufał nam – odbiorcom, otwarcie wystawiając emocje na obieg publiczny w dwunastu kompozycjach. Ich obecność towarzyszy każdemu lirycznemu przekazowi, melodii, które są niezwykle różnorodne, ale spójnie splatają wszystkie przeżycia w całość.

Muzyka w duchu retro – teraz, w teraźniejszości? Barry razem z synami Ashleyem i Stephenem, którzy bez trudności weszli w buty swoich wujków, oferują przestrzeń pełną rozmaitych dźwięków. Otwierające płytę, tytułowe In The Now jeszcze przed premierą nagromadzało pytania, w jakim kierunku podążą. Możliwości było sporo. Sam autor opisuje ją jako wejście w dorosłość, artystyczną dorosłość dziś połączoną z przymusową samodzielnością. Relaksująca, lekko bluesowa kompozycja mogłaby śmiało zostać porwana przez nurt (tracklistę) Still Waters. Nieokiełznane dźwięki gitary prezentuje z kolei utwór Blowin’ a Fuse, który jako najbardziej przebojowy numer na solówce, przywołuje do obecnych czasów szalone lata siedemdziesiąte, natomiast we współczesności jego dźwiękowy nieład nawiązuje do codziennego miastowego rumoru Nowego Jorku i Los Angeles.

Miłośnicy lirycznych kompozycji Bee Gees mogą odetchnąć ze spokojem. In The Now jest wręcz nasycone przepięknymi balladami, takimi jak delikatne i minimalistyczne Meaning Of The Word, czy romantyczne Star Crossed Lovers, dedykowane miłości jego życia, żonie Lindzie. Niektóre z nich nie odstępują od klasyków takich jak How Deep Is Your Love i Too Much Heaven. Dziś to Shadows skrada wszystkie emocje, łzy wzruszenia. Barry zadedykował ją osobie o równie nieprostej drodze życiowej, legendzie rock’n’rolla – Royowi Orbisonowi. Jako wielbicielka talentu obydwojga, całość dodatkowo zyskała jeszcze głębsze, symboliczne znaczenie. The Long Goodbye to duchowe oczyszczenie, które dotyka nieodłącznego tematu w życiu autora, wczesnej utraty najbliższych – Andy’ego, Maruce’a i Robina, a niedawno matki. Piosenką End Of The Rainbow, Barry pożegnał się z ostatnim z nich, Robinem, który od wielu lat chorował na raka. Piosenka powstała w poruszających okolicznościach, w szpitalu, tydzień przed jego odejściem.

null

Wśród dźwięków zawartych w albumie, na pierwszy plan wydobywa się blues. Poczucie rytmu i energia zawładnęły takimi numerami jak Cross To Bear o kontekście religijnym oraz ostrzejsze wydanie gatunku w Amy In Colour. Do najtrafniejszych utworów z kanonu bluesa i rocka ze świetną solówką należy zaliczyć Diamonds. Pochodzący z niego cytat „Gdyby łzy były diamentami, teraz stałbym się bogatym mężczyzną” jest już absolutnym klasykiem. Oczywiście nie mogłabym pominąć bezbłędnego Grand Illusion. Energiczny utwór wybija się na tle wszystkich dotychczasowych kompozycji przede wszystkim rockową siłą, zachowując przy tym wszystkie atrybuty z których w pełni korzystali Bee Gees. Po raz pierwszy na płycie ukazane zostały wszystkie, ogromne głosowe możliwości wokalu Barrye’go – jego wysoki falset z płynnymi przejściami do subtelnego głosu.

Gorączka sobotniej nocy oraz era disco nie pozostawiła po sobie jakiegokolwiek śladu na tej płycie. Jest ona ukłonem w kierunku dojrzałego i nostalgicznego słuchacza pop, a także koneserów rzeczowego bluesa, nierzadko ocierającego się o wyrafinowaną odsłonę country. Po długotrwałym wycofaniu się z gwiazdorskiego świata, Barry Gibb – dziś solista bez wyboru – nadal zachwyca wysoką, charakterystyczną barwą, wokalną harmonią, życiowymi tekstami i solidnymi kompozycjami zawartych na In The Now. Rodzinna więź jest nadal obecna, a Stephen, Ashley i Barry stworzyli według mnie najlepszą płytę minionego roku. Szlachetna prostota i klasa, z której reszta muzyków Bee Gees z pewnością byłaby dumna.

 

1 KOMENTARZ

  1. Cieszy fakt, że we współczesnym świecie to rodzina może być inspiracją do powstania płyty. Może to nie jest jakaś rzadkość, ale z pewnością duża wartość. Nie zgodziłbym się natomiast z recenzentką, że era disco i „Gorączka sobotniej nocy” nie zostawiły śladu na nowej płycie Barry’ego Gibba. Jego wokal jest na tyle charakterystyczny, a sposób śpiewania tak oryginalny, że między dźwiękami rozmaitych ballad znajdujących się na tej płycie łatwo można usłyszeć dźwięki choćby „How Deep Is Your Love” o czym zresztą Marta Muśko sama w recenzji wspomina. Muzyka Bee Geesów jest ponadczasowa, a Barry Gibb jest wedle mnie dalej ikoną samego zespołu jak i okresu jego największej świetności. :-)

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.