Friends Tour w Trójmieście – koncert White Lies. Relacja Michała Szuma

0
144
fot. Nathan Dobbelaere
fot. Nathan Dobbelaere
2 listopada, pomimo swej mrocznej aury związanej ze świętem zmarłych, obfitował w wiele niesamowitych wydarzeń, które spokojnie skwitować można krótkim „wow”. Nie twierdzę, że remis Legii był mniej pasjonującym widowiskiem niż koncert White Lies w Starym Maneżu, niemniej Trójmiasto tego wieczoru zdecydowanie brzmiało w rytmie indie rocka rodem z Wysp Brytyjskich.

Równo o godzinie 20 rozpoczął się pierwszy akt tamtego wieczoru, czyli występ supportu. Zespół o tajemniczo brzmiącej nazwie The Ramona Flowers w dość stonowany sposób przywitał się z publiką, po czym bez zbędnych ceregieli płynnie otworzył swój zestaw piosenek. Ich granie idealnie wpisało się w konwencję koncertu, bo w zasadzie ekipa z Bristol bardzo podobnie do White Lies interpretuje muzykę. Gitarowe brzmienie w bardzo dyskretny sposób przesiąknięte jest sporą ilością elektroniki, która stanowi jedynie przyjemny dla uszu dodatek do ogólnego obrazu. Co więcej, pięknie brzmiący (choć fatalnie ubrany) wokalista swymi partiami dość swobodnie poruszał się po niemal całej pięciolinii, co zawsze jest bardzo dużym atutem jeśli idzie o indie rock.

Źródło: facebook.com/WhiteLies/

Set Kwiatków trwał niewiele ponad pół godziny, co stanowiło czas optymalny do rozgrzania niezbędnych w dalszej części wieczoru partii mięśni. Czas oczekiwania na crème de la crème rozpłynął się wśród wszechobecnych na publice rozmów, a punkt 21 zabrzmiały pierwsze akordy utworu Take It Out On Me. Początek w wydaniu White Lies to cztery flagowe twory, gdyż poza wspomnianym wyżej singlem z płyty Friends, zespół zagrał There Goes Our Love Again z Big TV, To Lose My Life z krążka o tym samym tytule, a także najnowszy numer promujący PrzyjaciółHold Back Your Love.

W trakcie początkowej fazy koncertu, zespół w dość stonowany sposób wyrażał swe emocje. Brak na ich twarzach było oznak zadowolenia, radości czy zniesmaczenia, lecz dało się wyczuć mnóstwo profesjonalizmu i rzetelnego podejścia do tematu. Z jednej strony było to ich sporym atutem, bo dzięki temu każda warstwa muzyczna brzmiała fantastycznie (jak zresztą przez cały koncert), lecz tą drugą, nieco smutniejszą stroną, był fakt braku jakiejkolwiek interakcji z publiką. Ta, chcąc podziękować Brytyjczykom za powrót do Polski, przygotowała na tę okazję specjalne kartki z napisem „Welcome Back”, które jednak nie poskutkowały i nie wywołały żadnej reakcji zwrotnej ze strony zespołu (bo przecież nie liczę oklepanego tekstu „It’s good to be back here in Poland”).

Pomijając jednak te pare detali, cały koncert był solidną dawką energetycznego grania na bardzo wysokim poziomie. Aranżacje co prawda nie uległy zbyt dużej zmianie w stosunku do materiału znajdującego się na płycie, ale już proporcje poszczególnych składowych i owszem. W trakcie grania „live” na czoło zdecydowanie wysunęła się szata rytmiczna, a wszystko to za sprawą wyraziście i głośno brzmiących bębnów. Jack pięknie budował rytmiczny klimat piosenek, a kwintesencją jego popisów był dość niestandardowo bity numer Morning in LA – mój prywatny top jeżeli mowa o Friends.

Równie dobrze sprawa wyglądała w kwestii basu, ale i strunowców jako całokształtu. Zarówno Charles, jak i Harry, dość swobodnie poruszali się po swoich gryfach, a smaczku całej sytuacji dodawała szeroka paleta posiadanych i niezwykle często zmienianych gitar. Dodając do tego obrazu fikuśne elektroniczne wstawki, także odgrywane na żywo, otrzymaliśmy kwintesencję brytyjskiego indie rocka – mnóstwo skocznych utworów, mnóstwo powodów do klaskania i jeszcze więcej radości z gry, która na twarzach muzyków zagościła wraz z rozwojem wydarzeń koncertowych.

Przekrój płciowy i wiekowy publiki był mocno zróżnicowany, co nie jest przecież sprawą oczywistą. Specyfika brzmienia zespołu co prawda jest pewnym wyznacznikiem, ale na sali spokojnie można było porozmawiać z ludźmi w wieku od kilku do kilkudziesięciu lat. Faktem jest natomiast, że wszyscy z równym zaangażowaniem bawili się podczas takich hitów jak Getting Even, Farewell to the Fairground, Big TV czy Bigger Than Us. Było skocznie, było tanecznie, a setlista nie obfitowała w wiele spokojniejszych momentów. I dobrze, bo nieczęsto widuje się White Lies!